Recenzja: W roku smoka

arturg

„W roku smoka” to gra zaprojektowana przez Stefana Felda, autora Zamków Burgundii, a więc jednej z gier które niezwykle cenie. Dlatego miałem ogromne nadzieje co do tego tytułu. Niestety, nadzieje te nie zostały spełnione. „W roku smoka” nie jest złą grą. Problem w tym, że nie jest też grą dobrą. Jest do bólu przeciętna na rynku, na którym jest zbyt wiele gier naprawdę fajnych.

Gracze wcielają się w chińskich arystokratów walczących o wpływy dla swoich rodów. W tym celu przez dwanaście miesięcy tytułowego roku smoka będą najmowali asystentów i wykonywali szereg działań, mających na celu maksymalizację wpływów.

Gracze rozpoczynają grę od dobrania dwóch różnych, spośród dziewięciorga dostępnych pomocników. Niektórzy z nich są pasywni, np. dodając punkty zwycięstwa w każdej turze albo chroniąc w razie niektórych wydarzeń, a inni działają tylko przy okazji wykonywanych akcji.

Karty akcji są tasowane i dzielone tyle kupek, ilu jest grających (w praktyce oznacza to zwykle, że kupki będą niesymetryczne). Następnie w kolejności definiowanej pozycją na torze akcji (za co odpowiadają głównie dobrani pomocnicy), gracze zajmują dostępne akcje. Można przy tym skorzystać z akcji z zestawu, który już ktoś wybrał, ale wymaga to poniesienia dodatkowej opłaty. Każda akcja daje profity powiązane z postaciami, jakie już posiadamy, zawsze można też spasować w zamian za uzupełnienie pieniędzy.

Dostępne akcje to:

– budowa pałaców (niezbędne do rekrutacji postaci i dające nam punkty zwycięstwa, ale niszczejące jeśli nikt w nich nie mieszka)

– produkcja żywności (niezbędna do niektórych wydarzeń)

– produkcja wojska (niezbędne do niektórych wydarzeń i zwiększające pozycje na torze inicjatywy)

– pobór podatków (pieniądze niezbędne są do niektórych wydarzeniach, akcji zakupu przywilejów oraz do korzystania z przestrzeni, którą wykorzystują już inni)

– produkcja fajerwerków (pozwalające punktować w niektórych wydarzeniach)

– produkcja wiedzy (pozwala punktować natychmiast)

– zakup przywileju (na koniec tury automatycznie punktuje)

Gdy wszyscy gracze wykonali już swoje akcje, mogą zrekrutować kolejną postać (każdy startuje z 11 kartami postaci do zagrania, po jednej każdego rodzaju plus dwa dżokery) – pod warunkiem, że mają miejsce w pałacu (lub zwolnią dotychczasowego okupanta).

Po tej fazie następuje faza wydarzeń. Może nic się nie dzieje. Może trzeba zapłacić cesarzowi daninę? Może trzeba wykarmić swoich ludzi? A może jest okazja do zdobycia punktów w trakcie festiwalu fajerwerków? Większosć wydarzeń jest negatywnych, a ceną – jeśli nie uda nam się zaspokoić ich wymogów – jest utrata jednej lub nawet dwóch postaci – coś po czym trudno się jest zwykle pozbierać.

Na koniec tury gracze punktują za posiadane pałace, wykupione przywileje i zatrudnione damy dworu. I tak przez dwanaście rund.

Tak jak pisałem, „W roku smoka” nie jest złą grą. Wszystkie zawarte w niej mechanizmy działają. Tyle, że trudno o nich powiedzieć coś więcej. Postępy w punktacji są drobne i mało satysfkacjonujące. Przez cały przebieg gry ma się poczucie pewnego głodu, nieustannego gonienia od kryzysu do kryzysu, wybierania mniejszego zła. Dla niektórych takie poczucie w trakcie rozgrywki może być przyjemne (w końcu „Zimna Wojna” ma wielu fanów), ale dla mnie jest to najgorsze możliwe uczucie w planszówce.

Albo dajcie mi duże kryzysy i poczucie triumfu, gdy je rozwiążę… Albo dajcie mi nieustanne „głaski” związane z budowaniem silniczka i ciągłymi postępami. Tak było choćby w „Zamkach Burgundii” tego samego autora, gdzie każda akcja dawała poczucie postępu – nawet w sytuacji, w której już widzę, że nie mam szans wygrać.

A właśnie, co do szans wygrania – W Roku Smoka bardzo mocno cierpi na syndrom kuli śniegowej (czy w zasadzie jego odwrotną wersję). Utrata postaci, często bardzo trudna do powstrzymania, bardzo utrudnia nadgonienie pozostałych graczy. W połączeniu z nieustannym poczuciem wybierania mniejszego zła, jest to naprawdę kiepski układ.

Co gorsza, punktacja w grze „człapie”. To sprawia, że brak tu jakichkolwiek emocji. Jest sucho, powolnie… i po prostu nudno. Nie ma też w mechanice żadnej opcji zrobienia naprawdę ciekawego czy dobrego ruchu. Jest po prostu człapanie.

Nie zmieniają tego (a nawet mogą pogorszyć) dwa mini dodatki zawarte w pudełku.

Pierwszym jest „Wielki Mur Chiński”, dodający kafelki muru i nową kartę akcji. Pozwala ona położenie jednego fragmentu Wielkiego Muru (zwykle za profit w postaci pieniędzy czy piętra pałacu), położone fragmenty dodatkowo punktują, a jeśli je zaniedbamy, mogą prowadzić do utraty postaci. Ten dodatek jest po prostu ok.

Drugi dodatek to „Wielkie Wydarzenia”, 10 żetonów, z których losuje się na grę jeden i wprowadza w 7 rundzie.  Niektóre dodają kolejny element punktacji (co jest ok), niektóre mogą zaszkodzić lub pomóc graczom. Jest jednak jeden żeton, który czyni grę jeszce nudniejszą, niż normalnie. To żeton tornada, wymuszający wyrzucenie dwóch dodatkowych kart postaci – co sprawia, że w turach 10, 11 i (tak jak zwykle) 12 nie dokłada się już postaci. To jeszcze zmniejsza ilość strategicznych opcji podejmowanych przesz graczy i czyni grę jeszcze mniej ciekawą – decyzja, której nie potrafię zrozumieć.


Grafika… Cóż, jest dyskusyjna. Niektórym się pewnie podoba stylizacja na chińskie zwoje, dla mnie była dość brzydka. Bonusem jest spory zestaw woreczków strunowych w pudełku – choć i tak było ich za mało jak na ilość żetonów i do regularnej gry przydałoby się pewnie jakieś pudełeczko do sortowania.


Ogólnie rzecz biorąc… Po prostu zawód. W porównaniu ze świetnymi „Zamkami”, „W roku smoka” wypada po prostu źle. W porównaniu z innymi dostępnymi na rynku grami – co najwyżej przeciętnie. To gra wielu małych decyzji, nieustannego wyboru mniejszego zła i powolnego człapania do finiszu. Szczerze nie rozumiem tego projektu – widać, że na wiele sposobów jest to gra doszlifowana, ale po prostu nie ma w niej żadnej zabawy…

podsumowanie

Ostateczna ocena: 3/5 – nie wiem, czy nie bliższa nawet 2.5, ale jednak nie jest to dwójka.

Ilość graczy: 2-5

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 60-90 minut

Cena: ok. 150 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl za przekazanie egzemplarza gry.

Recenzja: Zamki Burgundii