Recenzja: Chaos w Starym Świecie

Chaos w Starym Świecie to tytuł nieco nietypowy, przynajmniej pod względem fabularnym. Zwykle w grach stajemy się przecież bohaterami, walczącymi o poprawę świata, albo przynajmniej o jego podbicie (oczywiście, w słusznym celu). Zaskoczeniem może więc być gra, w której naszym celem staje się tego świata zniszczenie. Oczywiście – na swój preferowany sposób.

chaos3

CwSŚ osadzony jest w uniwersum Warhammera, para-średniowiecznym świecie dark fantasy, gdzie wszyscy regularnie walczą ze wszystkimi, a zwłaszcza z tak zwanymi Bogami Chaosu, wcielonym złem na kilka różnych odmian. Gracze wcielają się we wspomniane odmiany zła – boga krwii i wojny, Khorne’a, dobrotliwego pana zarazy Nurgle’a, mistrza magii i zmiany Tzeentch’a oraz pana zmysłowej przyjemności Slaanesha. Wszyscy razem dążą do zniszczenia ludzkich królestw (i wszyscy przegrywają, jeśli nie zrobią tego na czas), ale każdy chce być tym głównym niszczycielem.

Istnieją dwa sposoby wygrania rozgrywki w CwSŚ – zgromadzenie odpowiedniej ilości Punktów Zwycięstwa, przyznawanych głównie za kontrolowanie (i finalne pustoszenie) poszczególnych krain, albo awans na ścieżce potęgi, który daje przy okazji dodatkowe bonusy i jest możliwy do wykonania po spełnieniu warunków indywidualnych dla każdego z bóstw (np. Nurgle, jako pan zarazy, musi starać się korumpować regiony pełne ludności, tymczasem Khorne awansuje za mordowanie oddziałów innych graczy).

Gracze ruszają się po kolei, umieszczając na planszy karty lub oddziały i płacąc ich koszt w mocy (typowo zaczynają od 6-7 punktów, a koszt kart i oddziałów waha się od 0 do 3). Do dyspozycji każdego z bóstw są kultyści (niezdolni do walki, ale tani i jako jedyni potrafiący korumpować terytoria) oraz droższe w wystawieniu demony i większe demony, przeznaczone do bitki. Walka jest dość prosta – rzucasz tyloma kostkami, ile ataku mają Twoje oddziały. 4-6 oznacza ranę, a 6 daje też prawo do dodatkowego rzutu. Przeciwnika zabijasz, jeśli za jednym razem zadasz mu tyle ran, ile ma wytrzymałości.

chaos5

Po walce następuje faza dominacji – gdzie gracze mogą dostać punkty zwycięstwa, jeśli mają dostateczną ilość oddziałów i zagranych kart w danym terytorium – oraz faza spaczenia, gdzie korumpują regiony, zbliżając je do ostatecznego upadku. W mechanice polega to na tym, że za każdego kultyste dodajemy jeden żeton naszego bóstwa na rejon (niektóre karty pozwalają dodać dodatkowe żetony). Jeśli na polu znajdzie się w sumie dwanaście żetonów bóstw, region ulega spustoszeniu – gracze dostają za niego punkty zwycięstwa, ale nie ma znaczenia dla dalszej rozgrywki.

To wszystko przekłada się na przyzwoitą, ale nie porywającą grę strategiczną. Walki bywają tu nieco zbyt losowe (a’la Ryzyko), nieco mechanizmów (ciągnięte co turę Karty Starego Świata, wpływające na warunki gry, część żetonów stawianych na planszy) wydaje się być nieco naciąganych, ale ogólnie, da się przy Chaosie w Starym Świecie spędzić wieczór. Niewątpliwym wyzwaniem taktycznym jest zróżnicowanie stron, poczynając od warunków zwycięstwa, przez siłę oddziałów, aż po zagrywane karty. Przy trzech graczach może to, mam wrażenie, prowadzić do pewnej nierównowagi, więc rozgrywka na cztery osoby jest prawdopodobnie optymalna.

chaos4

Graficznie jest ok, choć nie każdemu przypadnie do gustu – gruba plansza stylizowana na mapę wyrysowaną na ludzkiej skórze, małe (dość brzydkie, ale są) figurki demonów, dużo solidnych żetonów, można wkręcić się w czwórkę nieludzkich bóstw rozgrywających sobie grę – grę w której przypadkiem stawką są losy całego świata.

Mimo wszystko, Chaos jakoś tak nie porywa. Nie jest to zła gra, można przy niej spędzić wieczór, ale na rynku jest tyle innych, lepszych, że naprawdę trudno ją szczególnie gorąco polecić. Jeśli miałbym na coś wskazać, to chyba brak poczucia realnego wzrostu siły w trakcie rozgrywki – nawet pustosząc kolejne krainy, Twoje siły nie stają się jakoś silniejsze. Od początku gry masz ograniczoną (dość małą) ilość możliwych do wystawienia jednostek i choćbyś stawał na głowie, nic tego nie zmieni. Gracze awansują mniej więcej równolegle, więc nawet dodatkowe karty rozwoju niewiele zmieniają (zwłaszcza, że nie są zbyt silne). Sprawia to, że czułem się mniej jak potężny bóg, a bardziej jak księgowy, liczący na co stać go w tej turze i jaki to przyniesie zwrot.

Jeśli uda Ci się kupić ją na jakiejś wielkiej promocji i masz dużo wolnego czasu – kupuj. W innym wypadku – nie ma co.

Do gry jest też rozszerzenie dodające piątego gracza i równoważące nieco rozgrywkę, nie miałem jednak okazji go przetestować.

 

Moja ocena:  3/5

Ilość graczy: 3-4

Przeciętny czas rozgrywki: 90-120 min

Cena: 250 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ.

Recenzja: Postaw na milion
Recenzja: Firefly