Recenzja: Palce w pralce

Palce w pralce to typowa gra imprezowa. Zasady są proste: gracze wyklaskują rytm popularnej piosenki We Will Rock You. Po dwóch klaśnięciach o uda gracz rozpoczynający pokazuje gest, który ma na swoich kartach i następnie wywołuje innego gracza pokazując jego gest, wszystko wciąż w rytmie. Wywołany gracz musi zrobić to samo, czyli powtórzyć swój gest, a następnie wywołać kolejnego gracza. Jeżeli ktoś się pomyli – otrzymuje kartę Kula, a gracz, który zbierze najwięcej kart Kuli przegrywa grę.

Podczas rozgrywki trzeba cały czas mieć oczy szeroko otwarte i dokładnie obserwować pokazywane gesty, trzeba też pamiętać własne gesty i mieć refleks, żeby je w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób pokazać.

Karty gestów są całkiem ładne, dość dobrze pokazują jaki gest należy wykonać. Gra mieści się w małym, kwadratowym pudełku, można wziąć ją łatwo na dowolną podróż.

IMG_5053

Gra ma wielu zwolenników. Jest dobra do spędzania czasu z dziećmi. Jednak mnie jakoś specjalnie nie urzekła, może dlatego, że wolę grać z dorosłymi. A w dorosłym gronie, owszem, można zagrać i jest całkiem OK, nawet zabawnie, ale nie jest to gra, w którą chciałabym trzaskać przy każdej nadarzającej się okazji.  Jakoś tak trochę nudnawo: klaskanie, gest, klaskanie, gest…

Moja ocena: 3/5

 

Palce w Pralce… meh… Tak po prostu, meh. Gra się, bywa nawet przyjemnie, ale zdecydowanie nie jest to dla mnie gra, która wzbudzałaby jakiekolwiek większe emocje. Ot, po prostu jest. Jak na imprezówkę nieco zbyt przewidywalna, daleko jej do dziczy np. Jungle Speed. Grafiki miłe i sympatyczne, choć miejscami nieco nieczytelne.

Da się pograć, ale na świecie jest tyle innych gier, że ta konkretna naprawdę niczym się wśród nich nie wyróżnia. A to, jak na „imprezówkę”, zdecydowanie kiepski wynik.

Moja ocena:  2/5

IMG_5050

Ostateczna ocena: 2.5/5

Ilość graczy: 4 – 12

Przeciętny czas rozgrywki: ok 10-15 min.

Cena: ok. 35 zł

Grę możesz kupić np. tutaj

Dziękujemy Fundacji Mamy Wołomin za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Gry, których nie zmogliśmy...
Recenzja: Rancho