Recenzja: Escape: The Curse of the Temple/ Ucieczka: Świątynia Zagłady

Escape to gra, która postawi na głowie Twoje wyobrażenie n.t.  tego, czym są planszówki. Mimo sporych rozmiarów pudła rozgrywka trwa tu jedynie 10 minut (nigdy dłużej!), ale za to jakich to 10 minut!

Gracze w Escape wcielają się w archeologów uwięzionych w starożytnej świątyni. Muszą z niej uciec – razem, bo Escape to czysta gra kooperacyjna. Sęk w tym, że na ucieczkę mają tylko wspomnianych 10 minut, w czasie rzeczywistym – odmierzane przesypującym się piaskiem w klepsydrze, lub dynamiczną muzyką z dołączonego CD.

Sekret Escape tkwi w fakcie, że w grze nie ma żadnych tur – wszystko rozgrywa się na bieżąco, gracze na raz rzucają swoimi kośćmi, próbując uzyskać wyniki niezbędne do wykonania dostępnych akcji – przemieszczania się po planszy, odkrywania jej nowych kafelków, czy w końcu – zdobywania kryształów. To ostatnie jest najważniejszym wyzwaniem, jakie przed nimi stoi, bo aby uciec ze świątyni muszą nie tylko znaleźć wyjście, ale też zdobyć dość kryształów ze składu, by mieli szansę się wydostać. Gracze mogą przy tym pomagać sobie, „użyczając sobie” wyrzuconych symboli – ale tylko wtedy, gdy są na tym samym polu co gracz, któremu pomagają.

Emocji dodaje fakt, że na kościach każdego gracza mogą wypaść czarne maski, które „blokują” daną kość, uniemożliwiając rzucanie nią. Na szczęście jest też możliwość wylosowania złotej maski, która odblokowuje do dwóch czarnych, ale i tak gracze mogą nie raz zablokować się całkowicie, uzyskując pięć czarnych masek – i wtedy pomóc im może tylko inny gracz. Wokół stołu szybko rozlegają się więc rozpaczliwe błagania o pomoc, próby sugerowania gdzie kto ma iść i jak działać, a co jakieś 3 minuty rozbrzmiewa gong…

I wtedy zaczyna się prawdziwa panika, bo jeśli gracze nie zdążą wrócić do centralnego pomieszczenia zanim gong przestanie bić, tracą jedną ze swoich 5 kostek, co drastycznie mniejsza ich skuteczność, zwiększa zagrożenie czarnymi maskami i jest ogólnie na tyle wredne, że gracze staną na głowie by tego uniknąć.

Emocji jest jak widać masa i po każdej partii Escape, w którą graliśmy, kończyliśmy na ostrym bezdechu, jakbyśmy właśnie, no, ten tego… skończyli paniczną ucieczkę z pradawnej świątyni. 10 minut przy tej grze daje tyle napięcia, ile długie godziny przy wielu innych.

Oprócz zasad podstawowych gra zawiera też nieco opcjonalnych rozwiązań, np. kafelki skarbów i klątw. Skarby ułatwiają zrealizowanie różnych celów, działając jak dodatkowe kostki, natomiast przy klątwach autorzy wykazali się wyjątkową pomysłowością i chwała im za to. Przeklęty gracz może bowiem np. mieć zakaz mówienia albo musieć grać z jedną ręką na głowie – aż do zdjęcia klątwy (co oczywiście wymaga wyrzucenia odpowiednich symboli).

Graficznie gra trzyma poziom – jest ładnie  i klimatycznie, a przy tym – co szalenie ważne w takiej rozgrywce – czytelnie. Również instrukcja nie sprawia problemów.

Jeśli miałbym wskazać na jakieś wady gry, to byłyby to chyba tylko klasyczne wady gier kooperacyjnych – doświadczeni gracze mogą po prostu przejąć kontrolę nad rozgrywką i zacząć wydawać polecenia nowicjuszom. Nie wiem jednak czy przy takim systemie gry dałoby się przed tym zabezpieczyć – oczywiście poza zdaniem się na graczy.

Moja ocena:  5/5 – bierz w ciemno, przy niewielu grach się tak bawiłem

 

„Escape” to gra powodująca szybsze bicie serca. Nie metaforycznie, a realnie. Trzeba w nią grać szybko, bo mamy tylko 10 minut na odkrycie jak największej ilości fragmentów świątyni, ani minuty dłużej. Czarne maski, które pechowo wypadają akurat wtedy, gdy tak bardzo się ich nie chce – nie ułatwiają zadania.

Bardzo dobra, niezwykła gra. Poziom emocji w rozgrywce sięga zenitu, a dodatkowego klimatu dodaje ścieżka dźwiękowa nagrana na CD, dzięki której wiemy kiedy biją gongi i kiedy mija 10 minut i bezpowrotnie tracimy szansę na wydostanie się ze świątyni, albo przeciwnie – udaje nam się uciec. Słowo daję, jakość tych 10 minut w tej grze jest równa godzinom gry w inną grę. Tu się gra szybko, ale bardzo, bardzo intensywnie.

Bardziej doświadczeni gracze będą naturalnie decydować o tym, co powinna robić cała grupa, ale to w niczym nie przeszkadza. I tak ktoś musiałby to decydowanie wziąć na siebie, bo w tak krótkim czasie nie ma czasu, ani możliwości, by każdy ciągnął grę w swoją stronę. Trzeba działać razem i szybko.

„Escape” jest grą bardzo dobrze zrównoważoną. Oznacza to, że te 10 minut jest akurat odpowiednią ilością czasu, by móc wyjść ze świątyni. Ale nie zawsze się to udaje, czasami nie zdążymy. Nie jest jednak tak, że wyszliśmy ze świątyni i czekamy kolejne 5 minut, nie jest też tak, że czas dobiegł końca, a my jesteśmy w czarnej d… Za każdym razem gdy graliśmy, byliśmy albo tuż przed wyjściem, albo tuż po wyjściu, gdy rozbrzmiewały końcowe gongi.

Nie widzę żadnych wad tej gry. No, może cena, bo „Escape” do najtańszych nie należy, tym bardziej, jeżeli pomyślimy, że gra się tylko 10 minut. Jakoś tak łatwiej znieść wysoką cenę za długą rozgrywkę :) Jednak gwarantuję, że te 10 minut wykończy was tak, jakbyście siedzieli nad planszą pół wieczoru :) Polecam, bardzo dobra gra dla każdego.

Moja ocena: 5/5

Ostateczna ocena: 5/5

Ilość graczy: 1 – 5

Przeciętny czas rozgrywki: 10 min.

Cena: ok. 110 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Recenzja: Stupromilowy las
Recenzja: Relic Runners