Recenzja: Turniej Złotorożca

Trudno mi trafnie ocenić Turniej Złotorożca, gdyż jest to w swojej istocie gra dla dzieci, a sam do tej grupy wiekowej już od dawna się nie zaliczam, ani też nie posiadam własnych latorośli, z którymi chciałbym ją testować. Mogę więc ocenić ją z perspektywy dorosłego oraz jedynie wyobrazić sobie jak by to było z perspektywy dziecięcej.

„Turniej” to gra o mechanice przypominającej starą „wojnę” – jeden z graczy wystawia swoją kartę, drugi próbuje zagrać inną, silniejszą. Obaj mają też możliwość wsparcia swoich zagranych jedną z kart dodatkowych – bronią, pancerzem, itp. Mechanika jest trochę bogatsza od tej z „wojny” – postacie mają dodatkowe cechy specjalne, każda z nich opisana jest też jedną z czterech wartości i to atakujący wybiera, „na co” będzie się toczył pojedynek.

Gra rozgrywa się w trzech „rundach” – w pierwszej, liczącej ok. 24 pojedynków ( ew. nieco mniej, jeśli gracz użyje niektórych swoich postaci jako kart specjalnych),  do wyboru są wszystkie cztery wartości, w drugiej, liczącej max 12 pojedynków, tylko pierwsze dwie, a w ostatniej, liczącej max 6 pojedynków, tylko ostatnie dwie. Maksymalna liczba pojedynków zależy od sukcesów graczy w poprzednich rundach – jeśli jeden gracz w pierwszej rundzie przegrał wszystkie pojedynki, to drugiej rundy nie będzie wcale.

Co przekłada się na główną mechaniczną słabość rozgrywki – jeśli, choćby przez szczęście, na początku gry wybijesz się na prowadzenie, szanse na to, że przeciwnik Cię dogoni są minimalne, a straty jedynie zaogniają się z każdą rundą. To zaś prowadzi do zwykłej nudy i sprawia, że w grze brak trudnych decyzji – jest zwykłe przerzucanie się kartami i to dość nużące, bo pierwsza runda ciąąąąąąąągnie się i ciąąąąągnie w nieskończoność, a dwie pozostałe mijają potem nagle w mgnieniu oka.

Rzekomo gra różni się od „wojny” tym, że ma fabułę – widziałem nieco opinii z takimi sugestiami. Cóż, jeśli „w magicznej krainie dzieje się turniej, takie są zasady, teraz walczcie” uznamy za fabułę, to faktycznie, jakaś jest, a że licha jak wódka z trocin, to już inna kwestia. Grafiki i dobór postaci mają być rzekomo również uzasadnione tym „w magicznej krainie”, tyle tylko, że w rzeczywistości mamy totalny i skrajny chaos, wszystko od wielkich pszczół, przez piratów i czarodziejów, a kończąc na spadochroniarce i szalonym profesorze. Nijak nie trzyma się to kupy i spójnego klimatu i wygląda jak próba wepchnięcia jak największej ilości pomysłów bez ładu i składu. Rzekomo humorystycznie, ale jakoś tak nawet humoru tu mi zabrakło, może już za stary pryk jestem ;)

Podsumowując, dla dorosłych ta gra się nie sprawdzi.

A dla dzieci, jako zastępstwo wojny? To pewnie bardziej, mechanika na tyle prosta, że łatwa do zapamiętania, choć zastanawiam się, czy losowość nie będzie dla dzieciaków frustrująca. Wydaje mi się też, że nawet dzieciaki nie przełkną tak łatwo chaosu w doborze postaci – w końcu nawet w kreskówkach jest jakaś logika tego co zawiera się w danym świecie, a co nie. Tu tej logiki zupełnie brak.

Moja ocena:  2/5 – nuuuuuuuuda

Moja ocena jako gry dla dzieci: 3/5 lepiej, ale nie dobrze

Turniej Złotorożca to karcianka, w którą faktycznie najlepiej grać z dziećmi. Albo można potraktować ją jako „grę kawiarnianą” – zdarza się przecież, że siedząc z kimś przy kawie mamy ochotę zarzucić coś niezobowiązującego, niektóre kawiarnie udostępniają różne gry, widziałabym też wśród nich Turniej Złotorożca.

Gra może nie powala, ale nie ocenię jej aż tak surowo, jak zrobił to Artur.

Dla mnie grafika, postacie i poziom humoru są akurat bardzo fajne. Kolorowe, przyjemne karty, takie lekkie i luźne. Odpowiada mi różnorodność bohaterów i moim zdaniem to dobry zabieg do tego, by każdy (lub prawie każdy) znalazł wśród nich coś / kogoś dla siebie.

Pudełko jest małe, co sprzyja zabieraniu gry na wakacje, zmieści się nawet w małej torebce. Zasady da się bardzo prosto wyjaśnić, gra też zajmuje niewiele miejsca w samej rozgrywce, na stole.

To, co doskwiera w czasie rozgrywki, to nieproporcjonalnie długa pierwsza tura w porównaniu z dwiema pozostałymi. W pierwszej turze w zasadzie rozgrywa się całość gry. Tu już wiadomo kto najpewniej wygra i nie ma specjalnie możliwości, by to zmienić. Zbyt często trafia się też sytuacja, w której nie mamy odpowiedniej karty do zagrania w obronie, oddajemy więc jakąkolwiek z posiadanych, którą uznamy za najsłabszą. Ten element mechaniki byłby OK, gdyby nie było konieczności robienia tego zbyt często. A niestety losowość powoduje, że może się zdarzyć taka konieczność w niemal każdej potyczce.

Przyszło mi do głowy, że może ciekawszym wariantem byłoby zamienienie się z przeciwnikiem swoimi kartami graczy rezerwowych po pierwszej turze. Wtedy jest więcej możliwości kombinowania – bo chce się wygrać w potyczce, ale z drugiej strony te karty trzeba będzie później oddać… To może dać więcej przyjemności z grania, myślę, że spróbujemy tak zagrać następnym razem.

To, co gra daje dobrego dzieciom – czyli podejmowanie decyzji o tym, która z kart jest cenniejsza, myślenie jak się obronić, podstawowe planowanie strategiczne – dla dorosłego jest trochę za proste, aby gra wywoływała dreszcze emocji :)

Moja ocena: 3/5 – nie należy nastawiać się na szał strategii, ale jako gra „kawiarniana” może się sprawdzić.

Moja ocena jako gry dla dzieci: 4/5 – całkiem fajna, choć nie pozbawiona wad.

Ostateczna ocena: 2,5/5

Ostateczna ocena dla dzieci: 3,5/5

Ilość graczy: 2 – 3

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 20 min.

Cena: ok. 25 – 35 zł

Grę możesz kupić np. w sklepach z grami planszowymi oraz na Allegro.

Dziękujemy wydawnictwu Złotorożec Karkonoski za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Recenzja: Cluedo
Recenzja: Troja (gry archiwalne)