Recenzja: Park Niedźwiedzi

11 czerwca 2017 by admin

arturg

Tak się złożyło, że w krótkim odstępie czasu mamy okazje recenzować dwie gry o podobnej mechanice – tile placement z wykorzystaniem różnokształtnych segmentów. To o tyle ciekawe, że choć obydwie gry (niedawno opisany Ogródek i obecny Park Niedźwiedzi) czerpią z tej samej podstawowej mechaniki, w faktycznej rozgrywce różnią się ogromnie.

W Parku Niedźwiedzim gracze wcielają się w projektantów parku dla niedźwiedzi. Czemu akurat parku dla niedźwiedzi, a nie po prostu Zoo? Tego, przyznam, nie wiem, wydaje się to dość abstrakcyjną decyzją, podobnie zresztą jak ogólny dobór tematyki gry. Równie dobrze mogłaby ona mówić o budowie miasta czy stacji kosmicznej i grałoby się dość podobnie. Cała gra jest bowiem, tak naprawdę dość abstrakcyjną grą logiczno-matematyczną.

park

Gracze startują z jedną kwadratową planszą przyszłego Parku Niedźwiedziego, w toku gry każdy dobierze jeszcze trzy. Na początek otrzymują również jeden z kafelków parku. W swojej turze gracz musi położyć jeden z posiadanych kafelków na swojej planszy. Jeśli zasłoni przy tym pole z określonym symbolem (np. koparka czy betoniarka), natychmiast pobiera jeden z kafelków z tym symbolem (lub jeden z kafelków niższej kategorii). W grze występuje w sumie pięć typów symboli:

– „niedźwiedź”, na którym nie można budować i który wypełnia się specjalnym żetonem punktującym ukończenie planszy parku (kto pierwszy, ten dobiera kafelek o większej wartości, wart od 1 do 16 punktów);

– koparka, pozwalająca pobrać jeden z unikatowych kafelków wybiegów niedźwiedzich, o zróżnicowanych kształtach i wartych 6-8 punktów;

– betoniarka, pozwalająca pobrać jeden z kafelków pawilonów, wartych 1-7 punktów (i ułożonych na zasadzie „kto pierwszy weźmie ten kafelek, ten dostaje więcej punktów);

– taczka, pozwalająca pobrać jeden z kafelków parku, nie punktujących, ale niezbędnych do wyłożenia całej planszy;

– robotnicy, pozwalający pobrać dodatkową planszę parku (aż do czterech).

Wersja zaawansowana dodaje do gry również bonusowe cele w rodzaju „zbuduj trzy połączone kanały” czy „zbuduj trzy wybiegi i/lub pawilony w określonym kolorze”, dodające dodatkowe punkty dla graczy.

park2

Powyższa mechanika czyni „Park” bardzo analityczną grą ze stosunkowo niską interakcją. Nie mamy żadnego wpływu na innych graczy, poza ewentualnym podebraniem im pasujących im kafelków. Głównie skupiamy się na własnej planszy i kombinacjach typu „jeśli tutaj położę ten kafelek, to wezmę tamte, które położę tam i wezmę tamte, a wtedy…”

Nie jest to złe, ale jest strasznie suche i analityczne. A także strasznie abstrakcyjne i zupełnie oderwane od tematyki gdy, która jest dodana absolutnie na siłę – równie dobrze mogło to być budowanie miasta czy wypełnianie pizzy składnikami. Albo po prostu kolorowe klocki. Nie czyni to „Parku” złą grą, ale jest to niewątpliwie gra, która wpisuje się w pewne gusta bardziej, niż w inne. To klimat gier Reinera Knizi – jeśli lubisz jego podejście do rozgrywki, „Park” powinien Ci się spodobać.

park3

Wykonanie jest bardzo przyzwoite. Plus 100 punktów za świetną wypraskę, z której części wychodziły idealnie i zostawiając minimum zbędnego kartonu. Same kafelki są też bardzo ładne, a planszetka na której się je rozkłada wręcz urocza w swoich drobnych detalach typu szkice niedźwiadków. Szkoda, że tego ducha zabrakło w samej grze… Nieco ewentualnie przeszkadza to jak rozwiązano pudełko – składana wypraska jest dość mało wygodna i niezbyt dopasowana do komponentów. Nie będę jednak zbyt narzekał, bo i tak jest lepsza niż brak czegokolwiek.

park4

Podsumowując… W zależności od gier, jakie preferujesz, to trójka lub czwórka. Dla mnie raczej trzy, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że wiele osób ten tytuł pokocha. Ja z kafelków pozostanę jednak na razie przy grach Uwe Rosenberga…

Moja ocena: 3/5

park5

beatag

Park Niedźwiedzi jest sympatyczną grą, choć nie spodoba się każdemu. Niewątpliwie bardzo urokliwe są kafelki i rysunki na nich, a układanie poszczególnych wybiegów dla niedźwiedzi jest całkiem przyjemne. Ja również, podobnie jak Artur, nie rozumiem dlaczego akurat jest to park z różnymi niedźwiedziami, a nie zoo z różnymi zwierzętami, byłoby to bardziej intuicyjne i naturalne. No ale trudno, mamy niedźwiedzie.

Gra jest faktycznie analityczna, ale mnie to aż tak nie przeszkadza. Gracze są skoncentrowani na swoich planszach i rzeczywiście nie ma tu zbyt wielkiego pola do interakcji ze współgraczami. Po prostu ta gra tak ma i tak jak wspomniałam, nie każdemu to się spodoba, ale z pewnością znajdą się fani.

Bardziej niż nadmierna analityczność przeszkadza mi zbyt mały poziom emocji jaki daje rozgrywka. Co pewnie jedno z drugim jest powiązane.

park6

Urozmaiceniem są dodatkowe zadania, które trzeba wypełnić, żeby dostać punkty bonusowe. Powodują one, że jest jeszcze więcej kombinowania i jeszcze więcej analityczności, ale z drugiej strony gra się troszeczkę trudniej i tym samym przyjemniej.

Warto wspomnieć, że w Park Niedźwiedzi graliśmy tylko we dwoje. Być może w większym gronie gra byłaby i bardziej emocjonująca i ciekawsza.

Jeżeli ktoś lubi gry o tematyce zwierząt, niezbyt trudne i raczej „układankowe” – Park Niedźwiedzi powinien się spodobać.

park7

Graficznie jest świetnie, bardzo urocze obrazki, ładne kolory, porządne kafle. Nic tu nie mam do zarzucenia.

Spośród gier tile placement jest to gra mniej przeze mnie lubiana niż np. Ogródek, ale spokojnie można zagrać i spędzić miło czas.

Moja ocena: 4/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 3,5/5

Ilość graczy: 2-4

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 30-60 minut, w zależności od liczby graczy

Cena: ok. 100 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl za przekazanie egzemplarza gry.

Zapisz

Zapisz

Recenzja: Ogródek

12 maja 2017 by admin

arturg

„Patchwork”, dwuosobowa gra o szyciu kocyka z różnokształtnych strzępków materiału, do dziś pozostaje jednym z naszych ulubionych tytułów. Gdy dowiedzieliśmy się, że jej autor, Uwe Rosenberg, przygotował kolejny tytuł o podobnej mechanice, ale tym razem przystępny nawet dla czterech graczy, wiedzieliśmy, że musimy dorwać tą grę w swoje ręce. Jednocześnie przyznam, że gdy rozpakowywałem ją, nieco się niepokoiłem. Czy autorowi uda się powtórzyć sukces jedynki bez nadmiernego z niej kopiowania?

Krótka odpowiedź: tak, udało się. „Ogródek” jest jednocześnie podobny i odmienny od „Patchworka”. Wykorzystuje wiele z tamtych mechanizmów, ale ma swój własny, ciekawy charakter. Jest przy tym po prostu bardzo dobrą grą.

ogrodek2

Gracze wcielają się w ogrodników zasiewających swoje rabatki. Na początku gry każdy otrzymuje po dwie, w miarę wypełniania może otrzymywać kolejne. Każda rabatka to kwadrat 5×5 na którym widocznych jest pewna ilość doniczek i baniaków. Celem gracza jest wypełnienie całej rabatki, w miarę możliwości nie zasłaniając doniczek ani baniaków (a nawet dodając nowe)- bo to za nie będzie punktował. Punktowanie ma zresztą ciekawą mechanikę i opiszę je dokładniej poniżej.

Centralna dla gry jest specjalna plansza 4×4 na którą wykładamy dostępne, różnokształtne kafelki. Mają one rozmiar od 1 do 6 pól, niektóre zawierają też dodatkowe doniczki lub baniaki. W swojej turze gracz może dobrać jeden z kafelków dostępnych w rzędzie lub kolumnie, na którą wskazuje wędrująca wokół planszy kostka. Cały trik polega na tym, że puste miejsca uzupełniane są dopiero, gdy kostka zatrzyma się na rzędzie w którym zostało 1 lub 0 kafelków – jest to też w zasadzie jedno miejsce na interakcje z innymi graczami, przez ewentualne podebranie im kafelka idealnie dopasowanego do ich rabatki. Alternatywnie, jeśli gracz nie chce lub nie może wziąć żadnego kafelka (nie ma miejsca, w którym mógłby go ułożyć), może po prostu wziąć żeton doniczki i dodać go na jedno pole swojej rabatki.

Tą mechanikę wzbogacają dwie poboczne. Pierwszą są żetony kotów, które mogą być użyte do zakrycia pól albo wydane do uzupełnienia rzędu/kolumny nawet gdy są w niej 2 lub 3 dostępne kafelki. Drugą – specjalny system punktowania, który nadaje grze dużo smaku i strategii

ogrodek3

Jak już wspomniałem, po wypełnieniu rabatki, punktuje się ją i dobiera nową. Sposób punktowania jest jednak szczególnie interesujący. Na karcie punktów każdego gracza leży sześć kostek – trzy pomarańczowe i trzy niebieskie. Po rozliczeniu rabatki przesuwasz JEDNĄ ze swoich czerwonych kostek o tyle pól, ile mieliśmy na rabatce odsłoniętych doniczek oraz JEDNĄ ze swoich niebieskich kostek o tyle pól, ile mieliśmy baniaków. Jest to o tyle istotne, że w punktacji pojawia się szereg bonusów:

a) Pola pomarańczowe liczone są co 1 punkt, ale między 15, a 20 jest tylko jedno pole – dojście do końca toru kostką jest więc wyjątkowo opłacalne. Podobnie z niebieskimi polami, liczonymi co 2 punkty, ale z przeskokiem z 14 od razu na 20. Co więcej, pierwszy gracz, który dobije do 20 dowolną kostką otrzyma żeton 2 uli, warty 2 punkty zwycięstwa. (2 gracz dostanie 1 ul, warty 1 punkt.)

b) Z drugiej strony, KAŻDA z sześciu kostek przeskakująca między polem 7 (pomarańczowym) lub 6 (niebieski) na pole 8 daje natychmiast jeden żeton kota (i jest to jedyny sposób na uzyskiwanie kotów). Co więcej, gracz który wyprowadzi wszystkie kości w jednym kolorze poza pole 0 dostanie dodatkową doniczkę.

Tworzy to bardzo fajną dynamikę, w której presja jest jednocześnie na wypychanie wszystkich kości do co najmniej 8, ale z drugiej strony opłaca się skupić na pojedynczych kościach i dobiciu do 20. Ale też niekoniecznie, bo w punktacji zaszyty jest jeszcze jeden paskudno-cudowny mechanizm…

Gra toczy się – w zależności od ilości graczy – przez 4-5 obroty wokół planszy (oznaczane zmianą oczek na kości). Gdy te obroty się wypełnią, gracze zaczynają rundę finałową. Wszystkie rabatki na których jest mniej niż trzy kafelki zostają natychmiast odrzucone. Jeśli gracz nie ma już rabatek – podlicza punkty. Pozostali gracze, natomiast, grają aż do wypełnienia wszystkich pozostałych rabatek ALE na początku swojej rundy muszą cofnąć jedną ze swoich kostek o dwa pola… Tworzy to presję na domknięcie rabatek przed tym etapem i pęd „czy uda mi się skończyć te rabatki na czas i jeszcze zapunktować”, dodając fajny mechanizm push your luck.

ogrodek4

Gra się bardzo dobrze. Jest szybko, jest ciekawie, jest dynamicznie. Jest bardzo przyjemna zagadka przestrzenna i sympatyczny mechanizm push your luck. Ta gra po prostu bardzo sprawnie działa, czuć, że ktoś ją przetestował naprawdę solidnie. Tym, co może niektórym przeszkadzać jest ewentualnie niewielka interakcja. Wspomniałem o ewentualnej interakcji z innymi graczami, ale przyznam, że gra jest na tyle intensywna, że raczej skupiamy się na zapełnieniu i zapunktowaniu własnych rabatek, niż na tym co dzieje się u innych.

W porównaniu do Patchworka, wciaż mamy element zagadki przestrzennej (nie zdziwiłbym się, nawet gdyby kafelki pokrywały się 1:1 ;) ), ale tam gdzie Patchwork miał pewien prosty mechanizm ekonomiczny i nieco więcej liczenia, tu skupiamy się na samym układzie przestrzennym (pomocne jest to, że reguły pozwalają przymierzać różne kafelki do swoich rabatek, także w turze innych graczy). Będę szczęśliwy mając obydwie gry na półce – obydwie są dla mnie świetne.

Jeśli chodzi o wykonanie, to nieco przeszkadza pudełko w mało typowym formacie (ale to już moja kwestia odpowiedniego „upychania” wszystkiego na półkach). Ogólnie jest natomiast bardzo ładnie, choć pewnie nie każdemu przypadnie do gustu styl graficzny. Nieco zastanawia mnie kwestia modelu taczki ogrodniczej, sygnalizującej punkt dobierania kolejnych kafelków na planszę. Ktoś zdecydował się zdobić ją trójwymiarową i składaną. Z jednej strony, jest to oczywiście urocze i nastawione na efekt wow. (Tak, poniżej to ta taczka pełna kotów.) Z drugiej, tektura z jakiej jest wykonana nie jest aż tak dobrej jakości i przyznam, że boje się o jej trwałość, zwłaszcza w wypadku noszenia pudełka z grą na różne spotkania. Nie wiem czy nie wolałbym jednak dwuwymiarowego, ale trwalszego kafelka taczki. Zapytajcie w komciach za rok czy  taczka uchowała się bez strat ;)

Podsumowując: polecam, polecam, polecam. Bardzo fajna gra i jestem zdecydowanie za :)

Moja ocena: 5/5

ogrodek

beatag

Ogródek spodobał mi się już w momencie, gdy usłyszałam, że powstał. Podobieństwo do Patchworka z możliwością zagrania w więcej niż 2 osoby zadziałało ewidentnie na korzyść gry już na starcie. Dlatego z wielką radością usiadłam do stołu, by pogrzebać trochę w „Ogródku” i sprawdzić, czy faktycznie gra daje radę.

Co ważne – mając na półce Ogródek nie powoduje to, że Patchwork przestaje być atrakcyjny. Są to gry podobne, a zarazem dość inne. Wyobrażam sobie, że czasami mogę mieć ochotę na Ogródek, a innym razem na Patchwork.

 

ogrodek6

Od razu uderza dopracowana, bardzo elegancka i sprawnie działająca mechanika. Oznaczenia rund za pomocą kostki z oczkami, możliwość wykorzystywania żetonów kwiatów i innych elementów tylko z rzędu zaznaczonego kostką, wartość w dbaniu o „równomierny rozwój” i przesuwanie każdej z kostek po polach punktacji – no po prostu cudownie, naturalnie i bardzo logicznie połączone ze sobą zasady, a gra w zgodzie z nimi jest bardzo satysfakcjonująca i stanowi ogromną przyjemność. Dodam, że zasady są proste, nie trzeba sięgać do instrukcji w trakcie rozgrywki.

Gra jest wydana bardzo porządnie, komponenty są grube i wyglądają na trwałe. Nie zgadzam się z Arturem co do taczki, uważam, że jest zrobiona z grubej i trwałej tektury i ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, w której mogłaby się uszkodzić wskutek normalnego grania. Trzeba by było chyba na niej usiąść :) A efekt robi naprawdę uroczy. Choć na pewno zwykły żeton – znacznik też by się sprawdził, to jednak trójwymiarowa taczka to jest to! O wiele wygodniej jest dobierać żetony na główną planszę, gdy widać wyraźnie gdzie stoi wielka taczka.

 

ogrodek7

Mam natomiast pewien problem z grafikami. Niespecjalnie podoba mi się ich styl, jest trochę zbyt oldschoolowy. A okładka gry jest dla mnie tak mało atrakcyjna, że gdybym nie wiedziała co to za gra, to mała szansa, że sięgnęłabym po nią tylko ze względu na okładkę. Chociaż muszę przyznać, że rysunki kotów są całkiem spoko, a w sumie wraz z upływem czasu stylistyka ta nie jest dla mnie zbyt uciążliwa, a jak pierwszą rozgrywkę wygrałam, to nawet zaczęły mi się te rysunki troszkę podobać ;)

Pewnie część z was będzie sobie zadawać pytanie: czy lepiej kupić Patchwork, czy Ogródek? Otóż najchętniej odpowiedziałabym, że fajnie jest mieć obie te gry. Natomiast nie zawsze mamy taką możliwość i w takiej sytuacji trzeba podejść bardziej zdroworozsądkowo. Ogródek jest odrobinę bardziej złożoną grą niż Patchwork, ale tylko odrobinę. Można grać w niego zarówno we dwoje, jak i w 3 lub 4 osoby. Grafiki są natomiast, w mojej opinii, brzydsze niż w Patchworku. Ogródek jest też grą zdecydowanie droższą. Jeżeli macie możliwość kupienia droższej gry – warto kupić Ogródek, ale jeżeli najczęściej gracie we dwoje – Patchwork sprawdzi się wystarczająco dobrze. Obie gry serdecznie polecam.

Dla mnie Ogródek to jedna z najfajniejszych gier jakie mieliśmy na stole. Z przyjemnością dołączam ją do mojego prywatnego rankingu ulubionych gier i z chęcią będę do niej wielokrotnie wracała.

ogrodek5

Moja ocena: 5/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 5/5

Ilość graczy: 1-4

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 30-60 minut, w zależności od liczby graczy

Cena: ok. 125 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl za przekazanie egzemplarza gry.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Recenzja: Słowny Ninja

27 kwietnia 2017 by admin

beatag

Gra „Słowny Ninja” jest karcianką literową, której autorem jest Łukasz Woźniak. W obrębie tego tytułu mamy do wyboru 5 wariantów gry:

  • „3 litery” – to mój ulubiony wariant. Karty wykładamy w 3 stosach, wykładamy po jednej karcie z każdego stosu, zatem mamy na stole 3 litery. Gracze muszą ułożyć słowo zawierające wszystkie te litery. Komu pierwszemu się uda zrobić to poprawnie – zgarnia swoje karty, są one jego punktami. Najszybszy, najbardziej optymalny wariant, biorąc pod uwagę frajdę z krótkiej rozgrywki. Brzmi totalnie banalnie, do czasu, gdy gramy w towarzystwie przy butelce wina i trzeba szybko ułożyć słowo z literami ć, ź oraz i ;) Bywa zabawnie, czasem frustrująco, ale rozgrywka toczy się szybko i co ciekawe wcale nie trzeba mieć wiele kart, żeby wygrać. Karty mają oczywiście różną wartość punktową, więc najfajniej jest, gdy uda się znaleźć słowa z tymi najwyżej punktowanymi literami.
  • „Klasyczny” – układamy słowa z posiadanych na ręce kart, wykładamy słowo na stół, następnie inni gracze robią to samo, mogąc korzystać ze wszystkich liter wyłożonych na stole przez innych graczy, ale uwaga, w taki sposób, by litera, którą chcą użyć, po zabraniu z danego słowa, pozwalała na ułożenie sensownego słowa z pozostałych liter. Innymi słowy – na stole muszą zawsze leżeć tylko i wyłącznie prawidłowe słowa. Trochę przypomina Scrabble, tylko że nie krzyżujemy tu słów ze sobą, lecz każde z nich układamy osobno. Ten wariant ma taką przypadłość, że łatwo tu zaliczyć tzw. zwiechę, gdy już w ogóle nie wiesz co widzisz, siedzisz i myślisz w nieskończoność nad słowem, a inni gracze siedzą i czekają na twój ruch jak na zbawienie. Można wprowadzić ograniczenie czasowe, ale my tego nie stosowaliśmy. Jednak znam osoby, z którymi takie ograniczenie czasowe byłoby czymś absolutnie niezbędnym, żeby nie oszaleć :)
  • „Szukaj i pokaż” – z wyłożonych 25 liter wynajdujemy takie, które tworzą jakieś słowo, następnie pokazujemy to słowo naszym współgraczom. Czyli mamy tu połączenie gry literowej i kalamburów. Tego wariantu nie testowaliśmy, bo nie było okazji towarzyskiej na to, a też idea pokazywania pojedynczego słowa, oderwanego od jakiegokolwiek kontekstu i potencjalnie w formie odmienionej jakoś nas nie porwała. Jednak wyobrażam sobie, że może to być wariant fajnie pomagający młodym ludziom w poznawaniu liter. Czyli raczej polecałabym ten wariant albo rozgrywkom z dziećmi, albo wybitnym fanatykom gier słownych i kalamburowych.
  • „Zabawa w zadania” – tego wariantu też jeszcze nie testowaliśmy, ale brzmi ciekawie i pewnie to zrobimy. Z określonej liczby liter układamy słowa, ale w taki sposób, żeby wykonać zadane wcześniej zadanie. Np. „Słowo dokładnie w trzech kolorach” albo „Min. 5 różnych kolorów w słowie”. Gdy uda się spełnić zadanie – gracz dostaje dodatkowy bonus punktowy. Brzmi dość trudno, sądzę, że „zwiecha” może być tu jeszcze większa niż w wariancie klasycznym, zatem koniecznie z ograniczeniem czasu.
  • „Alfabet” – to wariant, w który można grać jednoosobowo, a gdy gra więcej osób to jest to rozgrywka kooperacyjna. Ja grałam sama. Chodzi o ułożenie kolejnych liter alfabetu spośród kart, które przychodzą nam na rękę, w taki sposób, by na koniec zmaksymalizować wartość punktową. Dla miłośników pasjansa. Mnie ten wariant trochę znudził, ale ja też miłośniczką pasjansa nie jestem.

ninja

„Słowny Ninja” to gra familijna, co oznacza, że dobrze sprawdzi się w rozgrywkach rodziców z dziećmi (byle już znały literki i rozumiały jak powstają słowa), wnuczków z dziadkami, czy wujostwa z bratankami. Sądzę nawet, że w familijnych zestawach sprawdzi się o wiele lepiej, niż w czasie towarzyskich spotkań z rówieśnikami, chyba, że mamy do czynienia akurat z osobami lubującymi się w grach literowych.

Zasady są proste i jasne. Można sobie wybrać swój ulubiony wariant i w niego ciągle „tłuc”, albo wymiennie grać w różne. Coś mi się wydaje że ja będę raczej zwolenniczką nieustannego tłuczenia w mój ulubiony wariant :)

Wizualnie nie ma się do czego przyczepić. Karty są bardzo ładne, oznaczenia wyraźne, rysuneczki urocze, kolorowe, ale nie kiczowate. Karty są malutkie, może aż za bardzo, ale z drugiej strony może to być zaleta, bo łatwo dadzą się schować choćby do kieszeni w czasie wypadu na piknik.

Obecnie trwa przedsprzedaż gry w sklepie „U Wookiego”, żeby kupić grę kliknij TUTAJ.

Moja ocena: 3/5 – gdybyśmy dawali połówki dałabym 3,5. Gdybym była rodzicem grywającym z dzieckiem dałabym 4.

ninja3

arturg

Słowny Ninja był miłym zaskoczeniem. Pozornie lekka gra okazała się – w wersji klasycznej – kryć zdumiewająco dużo głębi. Możliwość przekształcania słów, które już leżą na planszy – tak długo, jak na koniec wszystkie będą miały sens – generuje ogromną ilość opcji. Co więcej, wraz z postępem gry ilość możliwości tylko wzrasta i pod koniec partii czacha naprawdę potrafi nieźle parować!

Wszystko dlatego, że – w odróżnieniu od Scrabble, gdzie wyłożone słowa można adaptować tylko w formie przedłużeń – tu zmieniają się one w swego rodzaju zapas surowych materiałów. Wykorzystać można bowiem absolutnie wszystko co jest na stole, niekiedy całkowicie zmieniając wyłożone słowa i kradnąc ich np. połowę…  Co prawda nie dostaniemy punktów za te ukradzione litery, ale możemy dzięki nim wyczyścić sobie wszystkie karty z dłoni, a bonus za pustą rękę jest naprawdę solidny!

Nie oczekiwałem tego – lubię, gdy prosty mechanizm okazuje się dawać zdumiewająco dużo opcji. Ogromny plus.

ninja2

Wariant „3 litery” też był ok, ot – szybka imprezówka, całkiem sympatyczna. Innych nie testowałem, więc się nie wypowiem.

Wykonanie jest naprawdę sympatyczne – grafiki miłe, ale nie przeszkadzające w rozgrywce, karty dobrej jakości. Dla mnie rozmiar pasuje – przy większych wersja klasyczna byłaby nie do grania. Jestem za – dobra prosta gra.

Moja ocena: 5/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 4/5

Ilość graczy: 1+ (w zależności od wariantu)

Przeciętny czas rozgrywki: 10 minut+

Cena: ok. 35 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Za grę dziękujemy autorowi i sklepowi U Wookiego.

Zapisz

Recenzja: Imperium Atakuje!

11 kwietnia 2017 by admin

arturg

Imperium Atakuje wydawało się, na pierwszy rzut oka, grą marzeń. Przygodowa strategia w świecie Gwiezdnych Wojen! Te figurki! Szturmowcy! AT-ST! Jakie to śliczne! Chcę to mieć!

Efekt wizualny, połączony z nostalgią do świata gry, jest bardzo silnym motywatorem do zakupu i gdyby Tomek pierwszy nie nabył Imperium, pewnie bardzo by mnie kusiło jego nabycie. Niezależnie od wszystkiego, Fantasy Flight Games po prostu umie robić gry śliczne. Takie, które śnią się po nocach fanom figurek i bitewniaków.

Niestety, jeśli chodzi o mechanikę za tymi wizualnymi wodotryskami, bywa tu już gorzej…

imperium7

Imperium Atakuje wykorzystuje zmodyfikowany zestaw reguł Descent (możliwe, że kiedyś też zrecenzujemy), znane też np. z Doom The Boardgame. Jeden z graczy wciela się w „tego złego” (jakkolwiek go zwać), pozostali w szeroko rozumianych herosów. W Descencie są to poszukiwacze przygód, w Doomie kosmiczni marines. A w Imperium, rzecz jasna, będzie to banda żałosnych zdrajców i terrorystów znana jako Rebelia.

W każdym ze scenariuszy kampanii rebelianci dostają jakąś misję, zwykle mocno ograniczoną czasowo, a gracz Imperium ma ich przed tą misją powstrzymać. Gracze ruszają się naprzemiennie, Rebelia/Imperium/Rebelia. W swojej turze gracz Rebelii może wykonać dwie akcje (ruch, atak, aktywacja panelu, użycie specjalnej mocy, odpoczynek, itp.), Imperialny podobnie – z tą różnicą, że tylko zdrajcy mogą atakować dwa razy w ciągu swojej tury (ma to zapewne zrównoważyć przewagę liczebną Imperium). Imperium wygrywa zawsze gdy uda mu się poważnie zranić każdego z bohaterów (stają się wtedy mniej skuteczni w walce, ale wciąż biorą w niej udział), Rebelia różnie – w zależności od scenariusza. Czasem muszą zniszczyć kilka konsol, czasem zabić jakąś postać, kiedy indziej odwrotnie, uratować ją i odstawić do wyjścia. Generalnie muszą być bardziej mobilni, niż bojowi…

imperium3

I z tym jest trochę problem, bo o ile walka jest w miarę ekscytująca, o tyle często jedynym co robimy w swojej turze jest ruch, pęd do kolejnej konsoli… A potem czekanie…

Ta gra, przynajmniej w wersji na 4 graczy + prowadzący, jaką testowaliśmy, jest po prostu zbyt wolna. Ma zdecydowanie za duży downtime, a gdy już dojdzie do naszej tury, dzieje się za mało, aby uzasadnić oczekiwanie. Jest pod tym względem lepiej niż w Doom czy Descent… Ale po prostu nie jest dobrze. To gra w trakcie której surfowałem na tablecie internet, zamiast myśleć o tym co się dzieje na planszy. Jest ślicznie, ale jest też po prostu nudno. Downtime zabija tą grę, odbiera jej dramatyzm i emocje. Niszczy jej potencjał.

imperium5

Z recenzenckiego obowiązku dodam, że jest jeszcze wariant „bitewniakowy”, dwuosobowy, w którym gracze sterują armiami Rebelii i Imperium. Nie graliśmy, patrząc na reguły to miły dodatek, ale niespecjalnie ma różnorodność niezbędną do rywalizacji z poważnymi bitewniakami.

Imperium Atakuje nie jest złą grą. Jest jednak grą wyjątkowo drogą i mającą tak wiele fajniejszej, przyjemniejszej konkurencji, nawet w swoim własnym sektorze „figurkowej naparzanki”… Że po prostu nie potrafię sobie wytłumaczyć wydawania na nią pieniędzy (w innym celu niż dla postawienia sobie figurek na półce.). Conan czy The Others: 7 Sins są po prostu nieporównywalnie fajniejszą alternatywą.

Moja ocena: 2/5

tomek






 

“I’ve been waiting for you, Obi-Wan. We meet again, at last. The circle is now complete. When I left you, I was but the learner; now I am the master.”

Siedzisz przed planszą reprezentującą jakiś imperialny posterunek, albo kantynę na pustynnej planecie. Obok Ciebie leżą karty oddziałów Imperium i jego sojuszników, na planszy stoją figurki Stormtrooperów, dowódców, najemników, czy okazjonalnie AT-ST. Naprzeciw Ciebie siedzą gracze, każdy ze swoją postacią mającą indywidualne zdolności i ekwipunek. Figurki kilku dzielnych rebeliantów mają się zmierzyć z nieskończonymi oddziałami Galaktycznego Imperium. Rozpoczyna się walka.

Tak właśnie wyglądają pierwsze chwile z Imperium Atakuje. A przynajmniej najczęściej będą wyglądać, czasem bowiem do tego świata wkrada się rzeczywistość.

imperium6

„Hello. I don’t believe we have been introduced. R2-D2? A pleasure to meet you. I am C-3PO, Human-Cyborg Relations.”

Każdy gracz wie, że grę zaczyna się od…? Przeczytania instrukcji. Tu są aż cztery – 1. Wprowadzająca, 2. Zasady Zaawansowane, 3. Zasady Konfrontacji i 4. Podręcznik Kampanii

Choć ogólnie gra ma dość proste zasady, to zawierają się one na dziesiątkach stron i składają się z wielu małych wyjątków od reguł, o których częściej niż rzadziej trzeba pamiętać. Bardzo lubię zabieg FFG z podzieleniem zasad na podstawowe/wprowadzające i te zaawansowane, ale ma on swoje mankamenty. Przeglądanie ścian tekstu Zasad Zaawansowanych w poszukiwaniu szczegółowej zasady przy rozpatrywaniu jakiś interakcji między zdolnościami może na jakiś czas popsuć rozgrywkę i wyrwać graczy z tworzonego przez grę klimatu (indeks pomaga, ale nie zawsze). Jest to jednak problem jedynie kilku pierwszych sesji, bo z czasem wszyscy w końcu będą znać wszystkie zasady (lub niektórzy nauczą się zasad na pamięć). Problem jednak jest powszechny i w każdej grupie będą występować tego typu problemy, co może spowodować, że nawet kilka pierwszych scenariuszy nie zostanie rozegranych zgodnie z zasadami.

Przebrnęliśmy przez instrukcje, rozegraliśmy samouczek i siadamy do rozgrywki. No prawie. Najpierw trzeba rozłożyć planszę. W podręczniku kampanii wszystko jest rozrysowane, opisane są wszystkie szczególne zasady scenariusza, trzeba to tylko jeszcze przełożyć na stół. A to kosztuje czas. Rozwiązanie nie jest oczywiście szczególnie trudne – przygotowanie wszystkie jeszcze przed spotkaniem. A do przygotowania jest sporo, przynajmniej dla gracza Imperium – plansza, przeczytanie scenariusza, wybór jednostek, które wezmą udział w rozgrywce, przygotowanie figurek i rozłożenie na planszy, odpowiedni podział kart na „rękę” (oddziały, które wybiera gracz Imperium, a których gracze nie znają dopóki nie pojawią się posiłki) i „stół” oddziały dostępne od początku scenariusza i inne małe obowiązki. Powoduje to przede wszystkim, że nie wskazane jest rozgrywanie kilku misji jedna po drugiej, gdyż rozłożenie i przygotowanie nowej zabiera cenny czas spotkania, który można by wykorzystać lepiej.

imperium1

„Ahh, hard to see, the Dark Side is.”

Pudełko jest przyjemnie ciężkie. Po otworzeniu pachnie jak przygoda. Figurki są bardzo dobrze wykonane i klimatyczne, kafle mapy są grube i wytrzymałe, kart i żetonów jest zatrzęsienie, a instrukcji jest aż cztery. Jeśli ktoś nie jest pedantem to nie ma się do czego przyczepić. Jakość produkcji stoi na wysokim poziomie (w końcu to FFG) i choć cena gry jest wysoka to odpowiednia, bo to co się dostaje jest warte swej ceny… prawie.

Już po rozegraniu pierwszych misji pojawiają się małe zgrzyty.

Model finansowy FFG mówi – dajemy wam fajną grę, a w zamian wy kupicie od nas milion dodatków. Jest to dobra wymiana, ale czasem dość irytująca. W naszej drugiej misji pojawił się Doborowy Gwardzista, którego figurka (jak i figurki sporej części pojawiających się podczas kampanii postaci) nie jest dołączona do podstawowej wersji gry. Dostajemy jedynie reprezentujący go żeton. Może się czepiam, ale przesuwanie żetonu reprezentującego morderczą maszynę wirujących ostrzy nie jest specjalnie klimatyczne. Rozwiązanie jest proste – kupić sobie figurkę. Tylko jak to zrobić, skoro misja już się zaczęła? A nawet jak już kupisz, to nie ma gwarancji, że ten konkretny oddział pojawi się jeszcze w kampanii.

Drugi zgrzyt. Mimo ogromnej ilości elementów ich powtarzalność szybko daje o sobie znać. Kilka razy zdarzało mi się słyszeć nad planszą przy otwieraniu ekwipunku: „znów granat?, czy w tych skrzynkach nie może być nic oryginalnego?”.

imperium

Boredom “…is the path to the dark side.”

Instrukcja zapamiętana, plansza rozłożona. Gramy. Rozgrywka jest dynamiczna, Rebelia i gracz Imperium na przemian poruszają swoimi jednostkami zaczynając od Rebelii. Ruch, strzał, ruch, użycie przedmiotu, ruch, uderzenie vibroostrzem, wszystko dynamicznie i taktycznie, środek pola bitwy, pojedynek umiejętności… prawie.

Może się zdarzyć, że siadasz przed planszą i zaczynasz dyskutować. Ponieważ istnieją mniej lub bardziej optymalne ruchy, ponieważ jako gracze Rebelii masz zazwyczaj cały wachlarz zdolności, umiejętności specjalnych zasad dotyczących broni czy zbroi, które można wykorzystać, by zdobyć przewagę. A może się zdarzyć, że nie wszyscy chcą dyskutować.

Przy pięciu graczach (4 Rebelii i 1 Imperium) pojawiają się przestoje. Jeśli jakaś postać poruszyła się pierwsza podczas rundy to po niej poruszają się pozostałe postacie, oraz około czterech-sześciu oddziałów imperium, a jeśli grupa postanowi, że w kolejnej rundzie ta sama postać porusza się jako ostatnia to znów czeka, na ruch trzech innych Rebeliantów i kilku oddziałów Imperium tylko po to by wykonać ruch i strzelić.

Odpowiedzialna jest za to jedna zasada. Gracze decydują w jakiej kolejności będą się aktywować. Czasem prowadzi to do tego, że jeden z graczy bierze udział w grze co 15-20 minut, a czasem do tego, że Wookie z odpowiednim zestawem zdolności ruszy się jako ostatni w jednej rundzie i pierwszy w drugiej wykonując dwa ruchy i sześć ataków całkowicie dewastując szanse Imperialnego Gracza.

imperium4

“Traveling through hyperspace ain’t like dusting crops, farm boy.”

Kampania w Imperium Atakuje to świetne rozwiązanie – gdyż można poczuć się jak prawdziwy przeżywający kolejne przygody w Uniwersum Gwiezdnych Wojen bohater. Jeśli umiecie się wczuć w klimat i przyjemnie sobie pograć wymachując (bardzo, bardzo, bardzo rzadko) mieczem świetlnym to Imperium Atakuje się do tego nadaje.

Ale…

Po pierwsze widać, że twórcy bardzo się starali aby zbalansować obie strony konfliktu. Jednym z mechanizmów, który za to odpowiada jest wybór kolejnej misji w zależności od tego kto wygrał poprzednią. Teoretycznie jeśli jedna ze stron wygrała misję X to kolejna misja główna (są jeszcze poboczne) powinna być dla niej trudniejsza. Niestety nie zawsze tak się dzieje.

W ramach postępów kampanii po wykonaniu misji obie strony dostają nagrody, dla przegranego jest to nagroda pocieszenia, dla zwycięzcy zaś coś o wiele silniejszego. Prowadzi to do sytuacji, w której powstaje niemożliwy do ogarnięcia efekt kuli śniegowej, z którym opisany wyżej mechanizm – „kolejna misja trudniejsza” – nie działa. Ostatecznie może to się skończyć scenariuszem, w którym jedna ze stron to po prostu mięso armatnie, a druga po prostu całkowicie dominuje rozgrywkę.

I nie jest to fajne dla żadnej ze stron. Przegrywający gra z poczuciem nieuniknionej przegranej i świadomością, że nieważne co zrobi i tak mu się nie uda. Wygrywający zaś nie ma żadnego wyzwania, nie musi się nawet wysilać na taktykę po prostu pokonuje drugą stronę przewagą wynikającą z akumulacji wcześniej otrzymanych nagród.

W grach, w których miałem okazję uczestniczyć dochodziło do sytuacji, w której po grze dyskutowaliśmy co przegrany mógł zrobić lepiej i mimo dłuższej rozmowy nie było rozwiązania. To może zniechęcić.

imperium2

“These aren’t the droids you’re looking for…”

Imperium Atakuje to gra dobra. To gra, która bardzo dobrze pozwala się wczuć w uniwersum. To gra której łatwo się nauczyć. To gra, która rozwija się wraz z postępem graczy. To gra pięknie wykonana i warta swojej ceny w kategoriach zawartości pudełka. Nie jest to jednak gra pozbawiona wad. Ilość „wyjątków od reguł” powoduje, że przynajmniej przez jakiś czas płynna rozgrywka będzie przerywana przez wertowanie instrukcji. Mechaniczne rozwiązania powodują, że niektórzy gracze mogę mieć długie okresy przestojów między swoimi ruchami, gdy tylko biernie patrzą na to co się dzieje wokół. Efekt kuli śniegowej w ramach postępu kampanii wydaje się nie do powstrzymania i może na dłuższą metę popsuć całą rozgrywkę.

Biorąc to wszystko pod uwagę polecam tę grę jedynie wąskiej grupie odbiorców. Jeśli masz czterech znajomych, którzy lubią Gwiezdne Wojny i chcą poświęcić 15+ spotkań na taktyczną walkę Rebelii z Imperium oraz nie przekładają maksowania statystyk ponad dobrą zabawę i są w stanie w razie czego wprowadzić jakieś home rules, które zbalansują rozgrywkę to ta gra jest właśnie dla Ciebie. Reszta może lepiej zainwestować te 350 zł.

Moja ocena: 3/5 

podsumowanie

Ostateczna ocena: 2.5/5

Ilość graczy: 2-6

Przeciętny czas rozgrywki: Ok. 120-180 minut

Cena: Ok. 310 zł.

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Recenzja: 7 Samurajów

17 marca 2017 by admin

arturg

„7 Samurajów” to gra kooperacyjna inspirowana klasycznym filmem Akiry Kurosawy. Gracze wcielają się w grupę samurajów (maksymalnie tytułowych siedmiu) broniących zabitej dechami wsi przez krwiożerczymi łupieżcami.

Mam mały uraz do większości gier kooperacyjnych – są dla mnie zwykle potwornie wtórne. Są oczywiście nieliczne chlubne wyjątki, jak Hanabi, ale większość gier kooperacyjnych wydaje się powielać jeden wzorzec: gracze gromadzą karty (np. Pandemia) lub inne symbole (np. Znak Starszych Bogów, Ghost Stories, Zakazana Wyspa) by zagrywać ich zestawy w reakcji na losowe zagrożenia.

Nie dość, że sam ten system aż tak mnie nigdy nie urzekł, to jego regularne powielanie było dla mnie po prostu męczące. Kwestia gustów, mnie akurat taka mechanika po prostu nie pasuje.

Dlatego „7 Samurajów” na początku miało u mnie już dużego plusa – bo jej mechanika sprytnie odwraca ten schemat, tworząc zupełnie nową – i dużo ciekawszą – układankę.

7sam2

Na początku gracze wybierają lub losują sobie jednego z siedmiu dostępnych samurajów (w grze nie ma kobiet, choć można to na upartego tłumaczyć odwołaniem do filmowego oryginału). Każdy z nich opisany jest kilkoma cechami – wartością kiai, cechą specjalną oraz akcją kiai.

Na środku stołu stawiamy planszę wioski z sześcioma chatami, trójką rodzin oraz kilkoma (liczba graczy + 2) barykadami. Po prawej stronie planszy stawiamy stos kart najeźdźców. W pierwszej turze na każdego gracza przypada siedmiu, w kolejnych dwóch dochodzą do nich po jednym poruczniku i w końcu herszcie. Gra kończy się po trzykrotnym wyczerpaniu kart (lub wcześniejszą porażką graczy), można więc łatwo wyliczyć, że im więcej graczy, tym dłuższy czas rozgrywki (i nieco trudniej). Mnie to akurat pasuje – dzięki temu „na dwójkę” jest to szybki przerywnik, a na 4-5 osób coś bardziej solidnego (pełnej 7-ki nie mieliśmy okazji testować).

W swojej rundzie każdy z graczy może wykonać jedną z trzech akcji:

a) spasować, odpadając z gry do końca tury

b) oddać swoją zdolność specjalną innemu graczowi (odzyska ją po turze tego gracza)

c) dociągnąć kartę

Cała zabawa polega właśnie na tej mechanice dociągania. Dociągnięta karta trafia bowiem na lewą lub prawą stronę planszy gracza. Po lewej są trzy symbole – na koniec tury do każdego powinna być dopasowana jedna karta (i można dopasować tylko jedną), pod groźbą kary – rany dla postaci, zniszczenia domostwa (jedno z 6) lub zabicia rodziny (jedna z 3). Karty trafiające na prawo rozpatrywane są z kolei z perspektywy swojej wartości oraz kary. Kary mają miejsce na początku kolejnej rundy gracza i mogą być różne – od zranienia go, przez z zniszczenie barykady (a gdy ich zabraknie, domostwa), po nakazanie graczowi spasować. Wartość zwiększa natomiast poziom kiai postaci i sumuje się z innymi kartami po prawej. Jeśli wartość kiai zostanie przekroczona – niestety, w kolejnej turze gracz musi spasować. Jeśli jednak wartość ta zrówna się z poziomem kiai, ostatnia dołożona karta zostaje odrzucona, a do tego zachodzi specjalna akcja kiai przypisana do danej postaci.

Cała zabawa w grze polega więc na ostrym, ale i taktycznym push your luck i szacowaniu ile jeszcze postaci mogę przyjąć na kartę, czy lepiej zagrać tą kartę na prawo czy na lewo – ale potencjalnie blokując sobie dany symbol  i możliwość pozbycia się karty, która zmusi mnie do spasowania… W połączeniu z mechanizmami wspierającymi innych graczy (pośrednio lub bezpośrednio) i dążeniem do trafienia na to idealne kiai, jest naprawdę ciekawie…

7sam3

A do tego dochodzi druga warstwa ryzykanctwa, w postaci drugiej strony planszy. Gdy postać otrzyma dwie rany, jej plansza jest bowiem odwracana. Budzi się jej zwierzęcy duch wojownika… Druga strona planszy ma wyższy poziom kiai (i silniejsze kiai)… ale jeśli znów dostanie dwie rany, umiera i wszyscy przegrywają. Wyłapanie dobrego momentu na to, by zacząć „zbierać” rany i dokonać transformacji postaci nie jest więc wcale łatwe. Zwierzęca strona kusi, tym bardziej, że do gry wchodzą silniejsi porucznicy i hersztowie… przydałoby się więc z nimi coś zrobić… Ale czy uda się to przeżyć?

Każda tura kończy się wyczerpaniem kart ze stosu. Sprawdza się wtedy skutki „niezablokowanych” symboli na kartach postaci, jak również odwraca karty wszystkich najeźdźców, którym udało się przemknąć koło naszych samurajów. Za każdy symbol płomieni schodzi jedna barykada, gdy zabraknie barykad, jeden dom. W wersji trudniejszej – za każdy zniszczony dom jest kara (co może oznaczać reakcję łańcuchową, bo część kar to „zniszcz barykadę lub dom”). Na sam koniec gracze dostają bonusy za ocalałe rodziny, wszystkie karty najeźdźców tasuje się ponownie (teraz z dodatkiem porucznika, lub porucznika i herszta) i zaczyna kolejną turę. Jeśli gracze przetrwają trzy tury – zwyciężyli.

Wykonanie jest porządne, choć przydałoby się nieco więcej klimatu, grafika nie może się do końca zdecydować między realizmem, a komiksowością i trochę na tym cierpi, miejscami robiąc się karykaturalna („duch dzika” auuu…). Nie jest źle, po prostu mogłoby być lepiej.

Lubię „7 samurajów” . Mechanika jest na tyle odmienna, by być świeża i na tyle prosta i swojska, by łatwo dało się ją wytłumaczyć. Jest dużo emocji, sporo kombinowania i strategicznego ryzyka. Jak wiele kooperacji jest podatna na syndrom „doświadczonego gracza rozkazującego innym”, ale mimo wszystko, obok Escape i Hanabi, jest chyba moją ulubioną kooperacją.

Moja ocena: 5/5

7sam

beatag

Gra „7 Samurajów” wydaje się być troszkę bardziej skomplikowana, niż w rzeczywistości jest. Tak naprawdę z powodzeniem mogą grać w nią gracze sporadyczni, „niedzielni”. Po jednorazowym przeczytaniu instrukcji można grać, do instrukcji wracając bardzo sporadycznie.

Mechanika jest rzeczywiście atrakcyjna, jak na grę kooperacyjną. Chociaż klimat gry zupełnie nie jest moim ulubionym, to i tak chętnie w nią gram, bo jest dynamicznie, dzieje się dużo przez cały czas, są emocje i gra nie trwa w nieskończoność.

Mam pewien problem z komponentami „7 Samurajów”. Otóż mała plansza i żetony są ładne i porządne, plansze postaci są może i porządne, ale nie jestem w stanie znieść tej stylistyki, w jakiej postacie są przedstawione (jedna z postaci wygląda jak Janusz Korwin-Mikke, serio!). Natomiast karty – co do jakości to po prostu zwyczajne karty, więc nie narzekam, ale grafiki na nich są straszliwie paskudne. Niektóre z kart mają oznaczenie płomieni – to wygląda jakby ktoś w latach 90-tych bawił się jakimś programikiem do przeklejania obrazków. Brzydko. No ale trzeba przyznać, że estetyka gier, choć wiem, że dla niektórych szalenie istotna, dla mnie nie była nigdy czymś, co by mnie odrzucało od konkretnego tytułu. Tutaj też tak jest, jestem w stanie lubić „7 Samurajów” nawet mimo nieszczególnych grafik, bo po prostu fajnie się gra. Co najwyżej nie gram nigdy Korwinem :)

7sam4

Ważną zaletą gry jest możliwość rozgrywki w 7 osób, to dość rzadka cecha, można więc dobrze się bawić w większym gronie. My graliśmy w nią maksymalnie w 5 osób, a najczęściej we dwoje. W obu tych wersjach gra jest dobra, nie traci zalet, choć naturalnie we dwoje gra się szybciej, co też bywa zaletą.

Poleciłabym „7 Samurajów” fanom gier kooperacyjnych, ażeby tym razem mieli coś ciekawszego do rozegrania niż standardowe kooperacyjne mechaniki. Spodobać się powinna również tym, dla których liczy się prosta, emocjonująca rozgrywka, w której cały czas coś się dzieje i nie ma przestojów, bo nawet jak jest tura innego gracza to trzeba uważać, czy jakoś nie możemy go wesprzeć i czy jego działania wpłyną potem na nas, w końcu wszyscy tu gramy do jednej bramki. Ja akurat nie przepadam za kooperacyjnymi, a Samurajowie przypadli mi do gustu. Miłośnicy dalekowschodniego designu i tamtejszej kultury może też odnajdą coś dla siebie w tych specyficznych grafikach.

Gra podobała mi się od początku, chociaż na początku dałabym jej 4, ale potem z kolejnymi rozgrywkami podobała mi się coraz bardziej. Gdybyśmy dawali połówki dałabym 4,5 , ale daję 5, ponieważ gra ma porządną, ciekawą mechanikę, daje dużo dobrej rozrywki i czwórka by ją skrzywdziła.

Moja ocena: 5/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 5/5

Ilość graczy: 1-7

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 20-50 minut, w zależności od liczby graczy

Cena: ok. 90 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl za przekazanie egzemplarza gry.

Zapisz

Recenzja: Adrenalina

6 marca 2017 by admin

arturg

„Adrenalina” jest próbą przeniesienia klimatu z deathmatchowych pojedynków w grach FPS na planszę. Lub, bardziej po ludzku – w komputerowych strzelankach jak Doom, Quake czy Unreal Tournament są specjalne tryby dla wielu graczy, w których każdy próbuje zabić każdego. „Adrenalina” jest próbą oddania takiej rozgrywki w planszówce.

Starzy czytelnicy wiedzą, że jestem uczulony na próby „oddania czegoś innego w formacie planszówki”. Widać to było przy recenzji np. Posiadłości Szaleństwa czy Doom the BoardGame. Długo uważałem, że tego się po prostu nie da zrobić sensownie i nie ma co próbować.

Przyznaję się do błędu – „Adrenalina” pokazała, że jest to jak najbardziej możliwe. Po prostu nie można iść po najmniejszej linii oporu. Trzeba najpierw zrozumieć istotę tego, co próbuje się oddać – a wtedy może się okazać, że jest ona inna, niż nam się wydawało.

adrenalina

Gracze wcielają się w zawodników w meczu typu Deathmatch. Instrukcja nawet nie próbuje podawać szczegółowej fabuły, itp. czy wyróżniać postaci specjalnymi cechami. Zgodnie z prawidłami komputerowego oryginału, „po co się mordujemy?” nie ma większego znaczenia, a „kim jesteśmy” ma wyłącznie znaczenie estetyczne. I paradoksalnie to działa i ma pełen sens, w kontekście tego o czym gra jest. (Aczkolwiek nie jestem pewien, czy osoby nie mające styczności z komputerowymi pierwowzorami też  to odbiorą w ten sposób.)


W swojej turze gracz może wykonać dwie akcje spośród trzech możliwości (można dwa razy wykonać tą samą akcję). Dostępne akcje to:

  • ruch o dwa pola,
  • podniesienie przedmiotu i ruch o pole (w dowolnej kolejności)
  • strzał

Wraz z kolejnymi ranami (oraz na zakończenie gry) sprawność postaci ulega zwiększeniu (co przekłada się zwykle na dodatkowej opcji ruchu przed poszczególnymi akcjami).

Na planszy znajdują się pola z których gracze mogą dobierać broń (spośród trzech dostępnych na danym polu, za cenę kostek amunicji) albo zestawy amunicji (trzy kostki, albo dwie kostki + karta specjalna). Amunicja występuje w trzech kolorach, a różne bronie wymagają jej różnej kombinacji, karty specjalne służą albo jako amunicja, albo jako lekka modyfikacja ataków. Amunicja uzupełniana jest na koniec tury każdego gracza, nigdy jej więc nie brakuje – podobnie jak broni, których można mieć maksymalnie trzy na ręce.

Broń stanowi odwołanie do klasyki gatunku – mamy tu wszystko od strzelby czy karabinu, przez nieśmiertelną rakietnicę (da się jej użyć do usprawnienia ruchu, jest więc tzw. rocket jump!) czy snajperkę, aż po zabawki typu „spawarki”, karabinu na elektryczność rażącą kilka postaci po kolei. Strzał trafia automatycznie (jeśli tylko widzimy przeciwnika) i zadaje z góry ustaloną ilość obrażeń – możemy też wydać dodatkową amunicję by wzmocnić wybrany przez nas rodzaj strzału. W zależności od broni możliwe są różne obrażenia (zadawane różnej ilości graczy), jak również znaczniki namierzenia. Te ostatnie stanowią bardzo fajną mechanikę – od jednego gracza można na raz mieć maksymalnie trzy i jeśli ten gracz zada nam ponownie obrażenia, znaczniki namierzenia zmieniają się w dodatkowe obrażenia. Premiuje to skupianie się na atakach na jednej postaci… ale nie do końca, bo w momencie śmierci postaci jakieś punkty dostają wszyscy, którzy przyczynili się do jej zgonu! Co więcej, raz zabita postać wraca wprawdzie od razu do gry z pełnym zdrowiem i wyposażeniem (i zachowuje swoje znaczniki namierzenia!), ale przy kolejnym zgonie da nam już mniej punktów – warto więc polować na każdego po trochu…

Na koniec tury można jeszcze przeładować broń (jeśli dysponujemy odpowiednimi kostkami amunicji) – oznacza to, że każdej broni da się tak naprawdę strzelić maksymalnie raz na turę i jeśli chcemy oddać dwie akcje strzału, potrzebujemy więcej broni.

adrenalina2

Uważny czytelnik mógł już dostrzec, że gra oznaczona jest jako… ekonomiczna. Również powyższy opis był do tego pewną wskazówką – nasz strzał ZAWSZE trafia, ZAWSZE zadaje jasno określoną ilość obrażeń. W tej grze praktycznie w ogóle nie ma elementu losowości! „Adrenalina” to tak naprawdę eurogra w ameritrashowym wdzianku, coś totalnie strategicznego z minimalną dawką losowości.

Widziałem już recenzje, które z tego powodu twierdziły, że gra nijak nie ma się do tematu, który dotyczy, że brak tu beztroskiego strzelania, jakiego oczekiwali od gry będącej adaptacją FPSa…

Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić. Ta gra nie jest adaptacją FPSa. Jest adaptacją deathmatchu. A deathmatch w dobrych strzelankach online jest BARDZO strategiczny i bardzo mało losowy. Dobór odpowiedniej broni z dostępnych, strategiczne poruszanie się po mapie, korzystanie z okazji, ale i długoterminowe planowanie – to wszystko doskonale w mojej ocenie oddaje porządny deathmatch. Obchodząc klasyczny model turlany, testowany np. w Doom the Boardgame, „Adrenalina” dużo bardziej zbliżyła się do tego, co chciała przenieść i pokazała mi, że się mylę i naprawdę da się trafnie przenieść inne typy rozrywki na planszę. Ma za to u mnie duży plus!

Gra się miło, dynamicznie i klimatycznie. Dodać do tego odpowiedni soundtrack i stosunkowo krótki czas rozgrywki i muszę powiedzieć, że gra naprawdę miło mnie zaskoczyła.


Podobno – nie mieliśmy takiej sytuacji w naszej grze, ale słyszałem takie skargi – gra potrafi mocno przyhamować, gdy ktoś się zbyt zamyśli nad idealnymi akcjami. U nas nawet typowy „zwalniacz” nie miał w tej grze takich tendencji, ale jeśli macie takie osoby, klepsydra może być fajną „regułą domową”.

Jakość wydania jest bardzo dobra – ładne, spore figurki, solidna plansza, plastikowe krople krwi jako znaczniki obrażeń i namierzania, ładne, przezroczyste kostki amunicji. Jest naprawdę dobrze i jakość wydania moim zdaniem jest dopasowana do ceny. Zaletą są cztery różne możliwe konfiguracje planszy.

Czy adrenalina jest idealną grą? Nie, brakuje jej jednej dużej rzeczy, trybu na dwóch graczy (takiego Team Deathmatch, na 100% da się go sensownie zaprojektować). Obstawiam, że pojawi się w jakimś dodatku. Mimo tej wady jest to jednak gra bardzo udana i coś, co mogę szczerze polecić.

Moja ocena: 5/5

adrenalina3

beatag

W swoim życiu nie zagrałam w ani jedną komputerową strzelankę i to się już raczej nie zmieni. Dlatego to, co napisał powyżej Artur, o adaptacji takiego klimatu na planszówkę, jest dla mnie kompletnie bez znaczenia. Grę oceniam jako jedną z wielu planszówek, w które miałam okazję zagrać.

Bezcelowe strzelanie do innych graczy nie jest klimatem, który bym sama z siebie wybrała. Ale już nieraz się przekonałam, że nawet najbardziej durny temat gry może być ubrany w fajną mechanikę i dawać frajdę. Adrenalina jest grą o średnio prostych zasadach, natomiast kluczowym elementem są karty broni, których znaczenia trzeba się nauczyć. I o ile poszczególne działania w obrębie swojej tury łatwo zapamiętać, to raczej nie ma możliwości grać z pełnym zasobem informacji od razu po przeczytaniu instrukcji. Jest tak dlatego, że karty mają różne oznaczenia i choć są one dość sensowne, to i tak po prostu nie pamięta się co dana karta robi, o ile nie zajrzy się ponownie do instrukcji. Po kilkakrotnym rozegraniu na pewno jest łatwiej, ale czy sporadyczni gracze będą chcieli rozgrywać kilka razy coś, co do czego muszą się stale dokształcać z instrukcją? Każdy musi zdecydować sam.

Adrenalina, mimo konieczności zaglądania do instrukcji, bądź dopytywania się innych graczy o co chodzi z daną bronią, jest dość fajną grą. Z pewnością wpływają na to ciekawe rozwiązania w mechanice, jak np. namierzenia, czy brak losowości, ale też znakomity poziom wykonania komponentów gry. Znaczniki są super, figurki też ładne, kostki, karty, żetony – wszystko porządne i atrakcyjne.

 

adrenalina4

Rozgrywka nie trwa długo, jak na taki typ gry, nie ma też zbyt długich przestojów. W końcu to Adrenalina! Ale żeby oddać sprawiedliwość – emocji jakoś szczególnie wiele też tu nie ma. Brak nagłych zwrotów akcji, wszystko dzieje się krok po kroku, gracze wykrwawiają się stopniowo, dość łatwo przewidzieć kierunek, w którym wszyscy idziemy. Spodziewałam się, że końcówka gry będzie na większym poziomie stresu, a tu nie – było spokojnie, w równowadze ;)

Gra spodoba się raczej fanom komputerowych strzelanek. Ewentualnie graczom lubiącym strzelanie na planszy, ale doceniającym strategię, a nie działanie losu. Ja wybitną fanką raczej nie zostanę, ale też nie jest to gra, której bym specjalnie unikała.

Moja ocena: 3/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 4/5

Ilość graczy: 3-5

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 60 minut

Cena: ok. 180 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl za przekazanie egzemplarza gry.

Zapisz

Zapisz

Recenzja: Mage Wars Core Set

20 lutego 2017 by admin

arturg

Mage Wars to kolos wśród planszówek. Ogromne pudło, ponad trzysta kart czarów, dwie specjalne księgi zaklęć oraz ogromna ilość akcesoriów. To gra dla kogoś, kto ją pokocha i będzie chciał z nią eksperymentować i odkrywać.

Czy jest warta takiej miłości?

magewars Mage Wars to gra bitewna o pojedynku dwóch magów i przyzywanych przez nie bestii. Starzy gracze mogą pamiętać taki tytuł jak „Mag” wydany w cyklu mini-gry Sfery. Dwójka magów wkraczała tam na arenę i walczyła zarówno bezpośrednio, jak i przy użyciu czarów oraz przyzwanych iluzji czy bestii. Mage Wars robi to samo, tylko na nieporównywalnie większą skalę.

Zanim gra w ogóle się zacznie, gracze kompletują swoją księgę zaklęć – zestaw czarów, z których będą mogli korzystać w toku rozgrywki. Zaklęcia należą do szeregu oddzielnych kategorii – mamy tu przyzwany ekwipunek, bezpośrednie czary ofensywne i defensywne czy przyzywane bestie. Na turę wybieramy zwykle dwa dostępne zaklęcia, z czego jednego tzw. quickcasta, czyli szybkie, reaktywne zaklęcie. Raz rzucone zaklęcia wypadają nam z księgi czarów, możemy więc wybierać różne opcje strategiczne.  Od intensywnej ofensywy na samym początku, przez próbę przeczekania przeciwnika i wyczerpania jego sił przed przejściem do kontrataku.

magewars2

W swojej turze gracze naprzemiennie aktywują swoje jednostki (na początku tylko maga, później również przyzwane istoty), mają też możliwość reakcji na ruch przeciwnika przez swój quickcast. Co istotne, wiele przyzwanych istot dopiero zaczyna się pojawiać w danej turze, aktywne stają się w kolejnej – co daje przeciwnikowi szanse na kontr-reakcję.

Czary wymagają przy tym many, generowanej co rundę (i mogącej do pewnego stopnia być oszczędzaną). Generuje ją mag, ale są również zaklęcia wspomagające generację many. Część zaklęć ma też koszt utrzymania, który trzeba co turę płacić.

Ataki, skuteczność zaklęć, uniki itp. rozstrzyga się rzutami kostek – dwunastościennej kości przy większości zaklęć i uników, oraz szeregu specjalnych sześciościennych kostek obrażeń. Tu też pojawia się coś, co dla niektórych będzie największą siłą, a dla innych największą słabością Mage Wars – milion specjalnych, współzależnych cech (oczywiście weryfikowanych z instrukcją!). Czy mój legendarny heros z +2 do ognia i podpalaniem jest dobrym przeciwnikiem dla latającego, regenerującego pegaza? Czy lepiej zaatakować unikającym jaszczurem?

magewars3

Dla niektórych – cudowna układanka. Dla innych – nawał szczegółowych przepisów utrudniających przyjemna rozgrywkę. Dla mnie nie było to taką bolączką jak przy niektórych innych grach, w których się z tym spotykałem, ale czułem, że jest tego dużo. Ci, którzy będą gotowi to zgłębiać, dobierać księgę czarów pod konkretne kombinacje, mają przed sobą masę zabawy. Ci, którzy chcą po prostu fajnie szybko w coś zagrać, mogą się od Mage Wars odbić.

Graficznie jest ok, ale nic ponadto. Postacie reprezentowane są na planszy kartami (klasyczne ilustracje fantasy, stylistyka D&D) oraz drewnianymi pionkami symbolizującymi czy postać już się ruszyła, czy nie. Same księgi czarów są solidne, choć nieco zbyt nowoczesno-plastykowe jak na klimat, jaki mają budować (choć sama mechanika przeglądania i doboru czarów z księgi jest bardzo fajna). Jak na dość wysoką cenę Core Set – nieco tego za mało, ale są już nowe wydania w nieco bardziej przystępnych cenach.

magewars5

Mage Wars jest fajne i satysfakcjonujące. Jest też ciężkie i wymagające. Wszystko zależy tutaj od gracza – jeśli jesteś gotów poświęcić tej grze tyle troski, ile wymaga, odwdzięczy Ci się i zapewni tony zróżnicowanej zabawy i kawał solidnej regrywalności. No, potrzebujesz jeszcze kogoś innego gotowego do podobnego zaangażowania, w końcu nie będziesz grać ze sobą samym. To idealna gra dla fanów karcianek i budowania decków, którzy chcą jednak zrezygnować z nieustannego dokupowania kolejnych boosterów. Dla luźniejszych graczy wymogi czasowe Mage Wars mogą się jednak okazać zbyt duże.

Czy Mage Wars jest czymś, co trzeba mieć w swojej kolekcji? Powiem tak – gdyby na rynku nie było Summoner Wars, Mage Wars byłby moim must-have. Problem w tym, że na rynku są Summonersi, którzy są mniejsi, szybsi, a w podobnym klimacie i spełniające podobne potrzeby. Dla Niedzielnych Graczy wybór między Summoner Wars, a Mage Wars jest prosty – SW daje więcej szybszej zabawy. MW jest czymś, co chętnie widziałbym na tablecie, z automatycznym wyliczaniem miliona cech specjalnych, jako gra jest nieco zbyt złożona jak na zabawę, jaką daje.

magewars4

To powiedziawszy, jeśli miałbyś np. współlokatora z którym chciałbyś zgłębić jedną czy dwie gry i ogrywać je w kółko, to Mage Wars moim zdaniem doskonale spełni tą potrzebę.

Moja ocena: 4/5

Ilość graczy: 2 (na 4 potrzebne dodatki)

Przeciętny czas rozgrywki: Ok. 120-180 minut

Cena: Ok. 200 zł.

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Recenzja: Podaj dalej!

14 lutego 2017 by admin

beatag

Gra „Podaj dalej!” to jedno z moich większych zaskoczeń w kontekście gier. Szczerze mówiąc początkowo myślałam o niej jako o gadżecie, który być może przyda mi się przy prowadzeniu szkoleń z komunikacji do ich uatrakcyjnienia. Teraz wiem, że poza tą funkcjonalnością jest to przede wszystkim dająca strasznie dużo zabawy gra imprezowa.

W pudełku mamy 8 notatników, ścieralne mazaki, ściereczki do zmazywania, klepsydrę, kostkę do gry i mnóstwo kart z hasłami. Każdy z graczy dostaje po notatniku, mazaku i ściereczce. Każdy losuje też kartę z hasłami. Jedna osoba rzuca kostką, następnie gracze potajemnie odczytują hasło ze swoich kart odpowiadające liczbie oczek i piszą je w swoim notatniku na pierwszej stronie. Po napisaniu przekładają stronę, tak by nie było widać hasła i podają notatnik kolejnej osobie siedzącej obok (w wersji na parzystą liczbę graczy pierwsza osoba zapisuje hasło i od razu rysuje je na kolejnej stronie, dopiero potem podaje dalej). Osoba ta ma zajrzeć dyskretnie na poprzednią stronę, by podejrzeć hasło, a następnie je narysować. Tutaj czas odmierza klepsydra. Po narysowaniu znowu przekładamy stronę i podajemy notatnik dalej. I tym razem kolejna osoba zagląda do rysunku, zgaduje co to jest i zapisuje hasło w notatniku. Przekłada stronę i podaje dalej. Ta znowu rysuje to, co przeczytała na poprzedniej stronie, itd. Runda kończy się w momencie, gdy notatniki trafią do swoich pierwotnych właścicieli. Podczas rysowania nie można pisać liter ani cyfr, poza tym – hulaj dusza, piekła nie ma. Takie kalambury w wersji rysowanej.

 podaj dalej6

Zasady są banalne i bardzo łatwo wprowadzić grę w nowym towarzystwie. W grze chodzi przede wszystkim o zabawę i nigdy nie graliśmy na punkty, ale jeżeli ktoś ma ciśnienie na wyłonienie zwycięzcy to instrukcja podaje pewne propozycje odnośnie tego, jak zbierać punkty. Jednak naprawdę, nawet dla mnie, która musi mieć jasno określone kryteria i cel gry, w tym wypadku to nie ma znaczenia.

Największa zabawa zaczyna się po zakończonej rundzie, gdzie każdy gracz pokazuje po kolei efekty działań współgraczy :) Bywało tak śmiesznie, że bolały nas brzuchy i łzy nam leciały ze śmiechu, nawet nie tyle z faktu, że ktoś ma takie a nie inne umiejętności rysowania, nie, to zupełnie nie o to chodziło. Chodziło o tok myślenia, który potrafił naprawdę wywrócić do góry nogami wszystko to, co sobie wyobrażamy o danym pojęciu :) Bo jakoś tak wyszło, że z początkowego hasła „Lampka nocna” – poprzez przekazywanie dalej, rysowanie i zgadywanie przez kolejne osoby – finalnie wyszło „Więzienie”. Albo z „Procy” wyszła „Siatkówka”. I inne ciekawe kwiatki.

podaj dalej 3

Hasła bywają różne – i bardzo łatwe, jak suszarka, czy skakanka, i średnie, jak ciastko krabowe, i bardzo trudne, jak popłoch, albo osuwisko. Można uważać, że to niesprawiedliwe, ale moim zdaniem to tylko dodaje kolorytu grze. W końcu przecież chodzi o śmiech i zabawę! :)

Graliśmy w „Podaj dalej!” w różnych towarzystwach i sprawdzała się świetnie. Można zagrać 1-2 rundy jako przerywnik i chwila na pośmianie się, można też spędzić nad szkicownikami pół wieczoru, jeżeli ktoś ma ochotę. Niektórzy dzieciaci gracze już zapowiedzieli, że będą chcieli kupić tę grę, by grać w nią ze swoim dzieckiem. Moim zdaniem gra w jakimś zakresie sprawdzi się w każdym gronie, chyba że ktoś ma naprawdę ogromny opór przed rysowaniem.

podaj dalej 4

Warto wspomnieć, że minimalna liczba graczy to 4, ale za to maksymalnie może grać aż 8 osób. Jest to więc typowa gra na większe spotkania. Jeżeli najczęściej gracie we dwoje to możecie mieć mniej okazji, by się w nią pobawić.

„Podaj dalej!” zdobyła mnóstwo nagród i wyróżnień i wcale mnie to nie dziwi, bo ma bardzo niski próg wejścia i daje dużo frajdy i śmiechu. Dla nas to obecnie jeden z pierwszych wyborów na grę imprezową, gdy mamy okazję spotkać się w większym gronie.

Moja ocena: 5/5

podaj dalej 5

arturg

Podaj Dalej zaskoczyło, ale zaskoczyło bardzo pozytywnie. Kiedy myślę o kalamburach, moja ekscytacja jest tak ogromna, że można jej szukać z mikroskopem elektronowym. Dlatego nie oczekiwałem wcale niczego wielkiego po kalamburach rysowanych.

Jak się okazało – bardzo, bardzo błędnie!

podaj dalej

Podaj Dalej jest naprawdę świetną imprezówką, która mocno zyskuje na ilości graczy (i, w efekcie, prób odgadnięcia i narysowania tego samego hasła). Gra jest po prostu strasznie zabawna, a im bardziej komuś nie wyszło zrozumienie przekazu poprzednika, tym więcej śmiechu przy stole.

Trzeba też powiedzieć, że cena jest bardzo w porządku. Za 90 zł dostajemy naprawdę sporo – osiem specjalnych, ścieralnych notatników, spory zestaw dobrej jakości kart, klepsydrę, markery, itp. Jakość wydania, jak na cenę, jest naprawdę pozytywnym zaskoczeniem i dużym plusem gry – porównywalne cenowo gry składają się często np. tylko z porównywalnej ilości, ale gorszych jakościowo kart. Jedyną, ale to mikroskopijną wadą jest to, że jak na imprezówkę pudełko jest dość duże i nie weźmiemy go do kieszeni jak Resistance czy Maskarady. Ale to naprawdę drobiazg.

Zdecydowanie polecam, imprezówka którą trzeba dodać do repertuaru.

Moja ocena: 5/5

podaj dalej 2

podsumowanie

Ostateczna ocena: 5/5

Ilość graczy: 4-8

Przeciętny czas rozgrywki: ok.  30 minut

Cena: ok. 90 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Za grę dziękujemy wydawnictwu Rebel.pl.

Zapisz

Recenzja: Munchkin Lista Skarbów

27 stycznia 2017 by admin

arturg

Recenzja w jednym zdaniu: Lista Skarbów to List Miłosny z grafikami Munchkina.

List Miłosny jest jednym z tych planszówkowych klejnotów – drobna, mała i niesamowicie miodna gra dla każdego towarzystwa. Grywałem w nią z innymi niedzielnymi graczami. Grywałem z zapalonymi hardcore’owcami dla których Twilight Imperium jest za krótki, a Puerto Rico za proste. Każdy coś dla siebie w tej grze znalazł. No, prawie każdy – bo niewątpliwie dla części macho mężczyzn gra o tematyce przemycania listu do uwodzonej księżniczki może niezbyt pasować.

Nic więc dziwnego, że List doczekał się wielu reedycji, różniących się od oryginału klimatem. Mieliśmy List Miłosny Batman czy List Miłosny Legenda 5 Kręgów. Teraz do tego zestawu dołączyła też Lista Skarbów/Loot Letter, czyli Munchkinowa wersja Listu Miłosnego.

lista

Mechanika Listy Skarbów, w razie gdyby nie chciało Ci się czytać recenzji Listu Miłosnego, jest następująca: każdy gracz zaczyna z jedną z ośmiu możliwych kart (przy czym kart nr. 1 jest w talii aż 5 sztuk, nr. 2-5 po 2 sztuki, a nr. 6-8 po jednej). W swojej turze gracz dobiera jedną kartę, po czym zagrywa jedną z dwóch posiadanych. Karty nr. 1 pozwalają wskazać na innego gracza i zgadnąć kartę o wartości 2-8. Jeśli wybrany gracz ma tą kartę, odpada z rundy. Dwójka pozwala podejrzeć kartę innego gracza. Trójka – porównać z drugą swoją, gracz z niższą kartą odpada. Czwórka chroni przez jedną kolejkę, piątka każe jednemu graczowi (w tym sobie) odrzucić kartę, zaś szóstka wymusza wymianę z innym graczem. Siódemka nie robi nic (ale trzeba ją odrzucić jeśli mamy też na ręce piątkę lub szóstkę). A ósemka, jeśli z jakiegokolwiek powodu ją odrzucimy, sprawia, że odpadamy z gry. Wygrywa ostatni gracz przy stole, albo – jeśli skończą się karty -ten z najwyższą kartą na dłoni. Gra toczy się do liczby wygranych rund zależnych od ilości graczy.

Mechanika prosta, nieco losowa, ale świetnie zrównoważona (standardem w grze na dwie osoby jest to, że jeden z graczy zyskuje przewagę np. 5:2 tylko po to, by za chwilę przegrać 7:5). A przede wszystkim bardzo szybka, miodna i emocjonująca. List’a Skarbów zachowuje wszystkie te aspekty Listu Miłosnego. To powiedziawszy, mając do wyboru List i Listę, sam wybrałbym List.

lista3

Nie chodzi nawet o to, że stara edycja Listu, którą posiadam, miała śliczną aksamitną sakiewkę i drewniane znaczniki punktacji, a Lista tego nie ma. Nowa edycja Listu też niestety jest wydana bardziej oszczędnie, więc tutaj nijak nie ma przewagi.

Nie, problem leży w tym, że ktokolwiek dobierał treść kart Listy Skarbów, robił to chyba przez losowe tasowanie talii Munchkina i dorabianie legendy do karty, która akurat wyszła.

Oryginalny List miał jakąś spójną narrację. Sensowne było, że Kapłan, jako spowiednik, może podejrzeć kartę innego gracza. Że to Strażnik zgaduje tożsamość innego gracza i w razie sukcesu wyklucza go z rozgrywki. Tymczasem w Liście Skarbów sens ma w zasadzie tylko karta nr. 4, Pierścień Ochronny. Cała reszta jest tak losowa, jak tylko to możliwe. Zamiast strażnika mamy… Roślinę Doniczkową. Zamiast Kapłana – Młotomysz z Marsa. Nr. 5, Księcia, zastąpił… Troll Forumowy, ale nr. 6, Król jest tutaj… Altanką.

Nie wiem, może kogoś ten poziom absurdu bawi. Dla mnie był antyklimatyczny. Nie pomagały też same karty, które są w Munchkinowym beżu – i są po prostu dla mnie brzydsze, mimo ilustracji lubianego przeze mnie Johna Kovalica – niż karty z oryginalnego Listu Miłosnego.

To powiedziawszy, ja lubię List Miłosny i fajnie mi się w niego grało. Dla kogoś innego klimat ten może nie być strawny i wtedy Munchkinowość gry będzie bonusem. Koniec końców, kwestia gustu i dobrania czegoś odpowiedniego pod siebie.

Aha, do gry dołączona jest bonusowa karta do Munchkina (na zdjęciu).

lista2

Moja ocena: 4/5 – List Miłosny oceniłem na 5/5 i samą mechanikę tak bym ocenił. Lista Skarbów traci u mnie nieco na iście losowym doborze treści kart. Z drugiej strony, jeśli uwielbiasz Munchkina, to klimat Listy może Ci bardziej pasować niż Listu – dodaj wtedy spokojnie 1 punkt do oceny.

beatag

Oceniany przez nas jakiś czas temu List Miłosny to jedna z najfajniejszych pod wieloma względami gier, w którą można grać dosłownie z każdym. No, może prawie każdym, bo jednak jakoś dziwnie mi sobie wyobrazić, że Artur gra w to z kolegami we czterech chłopa. Faceci rośli jak dęby grają w trącącą różowym i księżniczkowym klimatem gierkę, wydaną w malutkim czerwonym woreczku aksamitnym, wyglądającym jak jakieś wysublimowane akcesorium erotyczne dla kobiet. No troszkę mnie to, przyznam, zdziwiło. Natomiast z drugiej strony – dziwić mnie to nie powinno, bo mechanika jest genialnie prosta i miodna.

Dlatego dobrze, że powstają gry oparte o dokładnie tę samą mechanikę, ale z innym wsadem. Lista Skarbów jest właśnie taką grą.

lista4

To prawda, że nazwy i działanie poszczególnych kart są powiązane ze sobą w bardzo luźny, mało logiczny sposób. Szkoda, bo to jedyna, ale całkiem spora wada tej gry, wpływająca na klimat. Natomiast w porównaniu z Listem Miłosnym – Lista Skarbów ma ważną zaletę – na kartach pod numerem oznaczającym kartę widnieją oznaczenia (wyrażone kropkami), pokazujące ile kart tego rodzaju zawiera gra. Jest to o tyle przydatne, że jak zszedł właśnie jeden Kaczor Zagłady, to wiemy, że w grze jest jeszcze drugi. Swoją drogą, uwielbiam akurat tę nazwę – Kaczor Zagłady. Przyszło mi też do głowy, że fajnym pomysłem byłoby wydanie gry opartej o tę mechanikę, ale o tematyce politycznej. To by mógł być hit! ;)

Rysunki mojego ulubionego rysownika Kovalica są fajne i zabawne, niestety beżowe tło trochę za mało atrakcyjne.

Osobiście preferuję List Miłosny, ale Lista Skarbów może spodobać się tym, którzy nie chcą kalać się księżniczkowym klimatem i wolą coś bardziej przyziemnego i absurdalnego.

Moja ocena: 4/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 4/5

Ilość graczy: 2-4

Przeciętny czas rozgrywki: ok. 15 minut

Cena: ok.  20 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Za grę dziękujemy wydawcy – Wydawnictwu Bard Centrum Gier

 

Zapisz

Mamy Szpiega 2!

18 stycznia 2017 by admin

arturg

Recenzję „Mamy Szpiega 2!” można by w zasadzie zamknąć w linku do recenzji pierwszej części i kilku fotkach. To co dostajesz w tym pudełku to po prostu więcej tego samego, co w „jedynce”. Nie jest to przy tym bynajmniej zarzut- pierwsza cześć była bardzo miodna i zebrała u nas wysoką notę 4.5/5. Więcej tego samego jest tu czymś dobrym! :)

„Mamy Szpiega 2!” to lekka gra imprezowa. Gracze losują jedną z 20 talii, po czym dobierają z niej tyle kart, ilu jest graczy. Talie przedstawiają jedno z 20 miejsc, w którym gracze mogą się znajdować, np. Cmentarz albo Plac Budowy (oraz opcjonalne role, jakie przyjmują). Cała zabawa w tym, że jeden z graczy (lub dwójka, przy 8 lub więcej grających) zamiast karty miejsca dostaje kartę szpiega. On jeden nie ma pojęcia gdzie jest. Jeśli zgadnie – wygrywa. Wygra też, jeśli skończy się czas (standardowo 8 minut), albo jeśli uda mu się skłonić innych graczy do niesłusznego oskarżenia niewinnej osoby o bycie szpiegiem.

Aby odkryć kto jest szpiegiem, gracze po kolei zadają sobie pytania. Chodzi o to, by zmusić szpiega do odpowiedzi ujawniającej jego niewiedzę. Cały trik w tym, że zbyt precyzyjne pytanie (lub zbyt jasna odpowiedź) da szpiegowi fory i ułatwi zgadnięcie gdzie się znajduje (a może to zrobić nawet, gdy jest już oskarżony!). Wszyscy muszą więc odpowiednio blefować i być na tyle ogólni, by szpieg się nie domyślił… ale też nie zbyt ogólni, bo to wzbudzi podejrzenia kolegów z zespołu!

szpiega2

Ta prosta mechanika blefu daje świetne efekty i cudownie angażuje grających, dając przy tym naprawdę dużo zabawy. W grze występuje też opcja odgrywania ról (na koncercie ktoś jest melomanem, ktoś inny muzykiem, itp.), ale przyznam, że nigdy nas to nie pociągało. Zabawniej jest grać bez ról – ludzie dużo bardziej się odsłaniają i jest dużo więcej śmiechu :)

Różnice między pierwszą i drugą częścią gry to – oprócz nowych lokacji – przede wszystkim kwestia ilości graczy. Choć w obydwu zestawach jest po 240 kart, pierwszy przeznaczony jest dla maksymalnie 8 graczy (i zapewnia w efekcie 30 „miejscówek”), a drugi dla 12 graczy, za cenę ograniczenia ilości miejsc do 20. Drugą różnicą jest wprowadzenie drugiego szpiega, co czyni grę ciekawą zwłaszcza, gdy szpiedzy nie wiedzą kim są nawzajem. (Choć ten mechanizm był uzyskiwany przez graczy w 1 „po domowemu”, przez dodanie dodatkowej karty szpiega z innej miejscówki. Tym samym powiększali też oryginał do 9 graczy.)  Jakość wydania, tak jak przy pierwszej części, jest bardzo dobra.

Niestety, nie poprawiono największej bolączki oryginału – tylko jednej „ściągawki” pokazującej dostępne miejsca. Da się to obejść (czy to kserując instrukcję, czy np. wprowadzając zasadę „ściągawkę dostaje zadający pytanie”), ale jest to jedna prosta rzecz, na którą gracze narzekali i którą twórcy mogliby łatwo i tanio skorygować. Co do „tanio”, przyznam, że dobrze byłoby gdyby gra była nieco tańsza, choć jest na tyle miodna, że można jej wybaczyć cenę.

szpiega22

Na koniec dwa istotne pytania: czy jeśli masz jedynkę warto kupować też dwójkę? Którą kupić, jeśli nie masz żadnej?

Żeby na nie odpowiedzieć, musisz sam zadać sobie jedno pytanie – w ile osób zamierzasz grać? Jeśli raczej do ośmiu, moim zdaniem lepiej wybrać jedynkę, więcej miejsc daje więcej możliwości. Jeśli podejrzewasz, że możesz grywać w większej grupie, dwójka będzie lepszym wyborem. Podobnie jeśli masz już jedynkę, nie widziałbym sensu kupowania dwójki tylko dla nowych miejscówek (chyba, że jesteś nałogowym graczem w jedynkę i lokacje już Ci się naprawdę nudzą). Warto ją jednak kupić, jeśli chciałbyś grywać w większym towarzystwie, a dotychczas nie miałeś takiej możliwości.

Moja ocena: 5/5

beatag

„Mamy szpiega” daje naprawdę dużo frajdy i zabawy, zarówno w wersji „1”, jak i „2”. W „2” jest co prawda mniej lokacji, ale mam wrażenie, że są one ciekawsze. Np. jest „Koncert rockowy” albo „Koncert jazzowy” – a nie po prostu „koncert”. W zależności od rodzaju koncertu można przecież zadawać nieco inne pytania i uzyskiwać za ich pomocą inne ciekawe informacje :)

szpiega21

Wymyślanie odpowiednich pytań może stanowić pewne wyzwanie, ale to wszystko kwestia wprawy. Im częściej gracie, tym łatwiej będą przychodzić wam do głowy fajne pytania, dzięki którym uda się wam ustalić kto jest „w ekipie”, a szpiega wyprowadzić w las. Dodam, że któregoś dnia, nie mogąc zasnąć, wymyślałam sobie różne pytania, które można w tej grze zadać, żeby zoptymalizować efekt. Tak, wiem, że to dziwne :)

Uwielbiam to uczucie, gdy jestem szpiegiem, nie wiem gdzie są wszyscy, serce mi bije jak oszalałe, gdy tworzę jakąś dziwną odpowiedź, która mnie nie wyda, a potem zadaję pytanie, które nie będzie wystarczająco głupie, by wszyscy odkryli, że to ja jestem szpiegiem. Świetna zabawa, dużo śmiechu i chce się ciągle grać w kolejną partię.

szpiega23

No i niestety, muszę ponarzekać na to, o czym wspomniał Artur, czyli że jest tylko jedna plansza z lokacjami. Jeżeli jest się szpiegiem, non stop ma się ochotę patrzeć na tę planszę, by rozkminić gdzie mogą być pozostali gracze. A oczywiście stałe gapienie się na planszę jest łatwo zauważalne przez innych. Robiliśmy tak, że po prostu każdy z nas patrzył na tę planszę, pomagało to w sumie skupić gdzieś wzrok, choćby po to, by zastanowić się nad odpowiednim pytaniem.

Gra jest wieloosobowa i ma totalnie proste zasady, więc zamierzamy ją wykorzystywać na różnych większych (i mniejszych) spotkaniach towarzyskich. Cena mogłaby być trochę niższa, ale myślę, że i tak warto mieć ją na półce.

Moja ocena: 5/5

podsumowanie

Ostateczna ocena: 5/5

Ilość graczy: 3-12

Przeciętny czas rozgrywki: jedna runda to średnio ok. 5 minut

Cena: ok.  75 zł

Grę możesz kupić np. TUTAJ

Za grę dziękujemy wydawcy – Rebel.pl

 

Zapisz